niedziela, 22 kwietnia 2018

Take Care of My Soul


23



Biegłem lasem.
Lasem ciemnym i podświadomie stwarzającym zagrożenie.
Lasem, który doskonale znałem.
Lasem, który znałem tylko z opowieści i sennych koszmarów.

Teraz znów w nim byłem, uciekając przed cieniem bez konkretnej formy i kształtu. Wiedziałem, że ten cień w rzeczywistości przyjmuje postać człowieczą, która nie potrafi mnie opuścić - jak na widmo przeszłości przystało.

Pragnąłem się wyrwać z otaczającej mnie matni, będąc w pełni świadomym tego, że moje obecne położenie, to tylko kolejny wytwór chorej wyobraźni. Podszepty nieświadomości, które w jakiś dziwny sposób wdzierały się do tego, co było na powierzchni. Odnosiłem wrażenie, że im szybciej od tego uciekam, tym prędzej mnie to dogania, chcąc pożreć żywcem.

To była gra, w której zawsze ponosiłem porażkę. Chciałem doprowadzić ją do końca, wyjść z labiryntu, w którym co noc błądziłem, szukając rozwiązania. Zacząłem w ogóle wątpić w to, że takowe rozwiązanie istnieje. Wiedziałem, że póki nie poradzę sobie z tym problemem, będzie on narastał, niszcząc to, co obecnie usiłowałem na jawie zbudować.

Opadłem ciężko plecami na potężny konar, usiłując złapać oddech. Wiedziałem, że muszę biec dalej, biec przed siebie, choć w piersiach brakło tchu. Musiałem to zrobić, aby w końcu się stąd wydostać i zacząć żyć normalnie.

- W końcu cię dopadnie, Gerard - usłyszałem znajomy głos, roznoszący się echem w przestrzeni. - To w końcu cię dopadnie. I zniszczy.


Kiedy zerwałem się łóżka, zamiast mroku wilgotnego lasu, przywitał mnie półmrok nowojorskiej sypialni. Westchnąłem z niedowierzaniem, przewiercając na wylot wzrokiem bezpieczną i dobrze mi znaną przestrzeń. Lata mijały, a ja wciąż nie umiałem pozbyć się szoku, który zawsze mi towarzyszył przy gwałtownym powrocie do rzeczywistości. Przetarłem dłonią ściągniętą sennym przerażeniem twarz i obróciłem głowę w bok. Od razu zauważyłem zaniepokojony wzrok Franka, który siedział tuż obok i trzymał dłoń na moim kolanie. Oczy Iero przyglądały mi się uważnie w ciemności i, choć nie mogłem tego stwierdzić przy zupełnym braku światła, biło od nich ciepło oraz zmartwienie. Odetchnąłem głęboko, opierając czoło na ramieniu chłopaka, usiłując jakkolwiek uspokoić swój przyspieszony oddech.

- Znów zły sen? - zapytał łagodnie, delikatnie przeczesując moje włosy raz za razem. Pokiwałem powoli głową, przymykając powieki. Poczułem się trochę jak dziecko, które po każdym koszmarze musi znaleźć ukojenie w ramionach swojej matki. O dziwo jednak, zupełnie dobrze się z tym czułem. Cieszyłem się, że czasami mogę się do kogoś przytulić i nie być zwyczajnie z tym wszystkim sam. Obecność Franka dodawała mi więcej otuchy, niż kiedykolwiek bym na głos przyznał. Ale brunet o tym doskonale wiedział i w milczeniu akceptował fakt, że nie umiem głośno mówić o podobnych sprawach. Przynajmniej póki co to akceptował.
- Krzyczałem? - zapytałem po dłuższej chwili milczenia.
- Strasznie - potwierdził spokojnie, kreśląc delikatnie palcem kółka na moim karku. Wyprostowałem się niespiesznie, posyłając mu znużone spojrzenie. Trochę niezręcznie czułem się z myślą, że marnuję sen nam obu. Iero co prawda jeszcze nigdy się nie na to nie poskarżył, ale też na pewno nie czerpał przyjemności z zarwanej nocy. - Masz ochotę  o tym pogadać? - zaproponował subtelnie. Wiedziałem, że bardzo chciał, abym w końcu się na niego otworzył i na pewno bym to zrobił, gdybym tylko potrafił. Jakimś cudem moje serce wciąż paraliżowała niemoc i blokowała umysł na poziomie podejmowania racjonalnych decyzji. Oboje byliśmy już duzi i dojrzali - oboje byliśmy akceptujący oraz doświadczeni życiem. Więc w czym tkwił ten problem? Gdzie i jak głęboko zakorzeniła się ta niemożliwa do przezwyciężenia blokada? Frank tak czy siak był jedyną osobą, na którą byłbym w stanie się kiedyś otworzyć, jednak jeszcze nie teraz. Teraz nadal nie umiałem.
- Nie - odparłem cicho, choć chłopak i tak znał dobrze odpowiedź na długo przed tym, jak zadał pytanie. Pocałowałam bruneta powoli w odkryty skrawek skóry przy obojczyku - Wszystko w porządku - zapewniłem go stabilnym głosem. Bo rzeczywiście tak było. Jakoś umiałem się przy nim wyciszyć, ogarnąć i uspokoić. Nie rozumiałem, jak to się działo, bo nawet przy własnej matce czy Isabelle nie byłem w stanie do tego stopnia się odprężyć, co przy Franku. Już tak po prostu na mnie działał.
- Na pewno? - zapytał z troską, nieudolnie ukrywając ziewanie. Zaśmiałam się, kręcąc głową na boki.
- Przecież to tylko sen - powiedziałem zupełnie bez przekonania. Iero jednak był raczej zbyt zmęczony, aby to wyłapać i kiwnął tylko parę razy głową na znak, że rozumie i w sumie to mam rację, po czym opadł ciężko na poduszkę i chyba od razu zasnął.

Wyjrzałem przez okno na ciemny krajobraz miasta, które niby pogrążone w mroku nocy, jednak świeciło odbitym blaskiem lamp, budynków i billboardów. W takich chwilach docierało do mnie, jak bardzo chciałbym wrócić do tego domu w Norfolk, usiąść przy ognisku i spojrzeć w niebo, będąc w stanie dostrzec na nim gwiazdy zamiast spalinowego pyłu przesłaniającego horyzont. Chciałem wrócić do Norfolk z Frankiem, postarać się jakoś ułożyć sobie tam życie i odciąć się od toksycznego świata mafii. To jednak były zwykłe marzenia, które miałem jakimś cudem czelność posiadać. Wiedziałem, że nie powinienem, że pewnie zginę przed trzydziestką z ręki Marco, policji albo któregoś z mafijnych konkurentów. Jednak od kiedy poznałem Franka, nie umiałem tego zatrzymać, nie umiałem powstrzymać się przed marzeniami. Iero był moją największa, jeśli nie jedyną, słabością, czego z dnia na dzień obawiałem się coraz bardziej.

Spojrzałem na spokojną twarz chłopaka, zastanawiając się, dokąd właściwie zmierzamy, gdzie nastąpi nasz koniec i jak prędko do niego dojdzie. Żyliśmy sobie w tajemnicy i ukryciu, chowając nasze uczucia przed innymi. Nie chciałem pokazać, że można mnie w jakikolwiek sposób zmanipulować. Moja słabość oznaczała też słabość Franka oraz stwarzała dla niego zagrożenie. W naszym świecie było zbyt wiele osób, które chciały dorwać Marco, dorwać mnie czy Stevena. Nie mogłem pozwolić, aby w jakikolwiek sposób to, kim jestem i jaki jestem, rzutowało na jego bezpieczeństwo. Lepiej było udawać, że nic dla mnie nie znaczy.

Położyłem się powoli za brunetem i ostrożnie otoczyłem go ramieniem. Czułem, jak życie ostatnio wymyka mi się spod kontroli. Nie byłem sobą, a zamęt w mojej głowie osiągał apogeum, czyniąc mnie niemożliwym do życia. Współczułem Frankowi, że musi się ze mną męczyć i użerać. Współczułem mu, że się ze mną męczyć mimo wszystko chciał.


~*~
Gerard mówił, że to tylko sen, ale jednak nie spał całą noc. Ja też nie byłem w stanie. Kiedy udało mi się w końcu zmrużyć oko na parę chwil, obudził mnie chłód wcześniej wygrzanego łóżka. Chłopak stał przy oknie i patrzył w dal na miasto, tonąc w swoich myślach, które doprowadzały go do bóg wie jakich wniosków. Przetarłem zaspane oczy, wzdychając ciężko. Papierosowy dym unosił się dokoła nagiego ciała Waya, tworząc nieprzyjemne wrażenie czegoś zawiesistego i ciężkiego. Obserwowałem go przez chwile z dystansu, sunąc powoli wzrokiem po linii jego sylwetki. Nie mogłem się powstrzymać przed złudnym wrażeniem, że z dnia na dzień niknął w oczach coraz bardziej. Była to zapewne kwestia światła albo zwyczajnie pozycji, w jakiej stał. Jadł zupełnie normalnie i nie miałem podstaw sądzić, że aż tak bardzo schudł. Mimo wszystko ostatnio marniał mentalnie, co automatycznie rzutowało na to, że postrzegałem go jako kogoś bardzo kruchego.

Wstałem powoli z łóżka, poprawiając sobie obkręconą na brzuchu koszulkę. Nie rozumiałem, jak można żyć w ten sposób - zadręczając się, dusząc w sobie każdy problem, przeżywając raz po raz jakiś znany tylko sobie fragment przeszłości. To było niezdrowe, niepoprawne. To niszczyło człowieka od środka. Podszedłem do Waya, niemal ciagnąc za sobą nogi ze znużenia i przemęczenia. Oboje jutro szliśmy do pracy. Biorąc pod uwagę, że miałem cały dzień spędzić znów przy komputerze, to nie wyobrażałem sobie tego bez co najmniej jednej krótkiej drzemki gdzieś na piwnicznej kanapie.

- Gerard - szepnąłem niemrawo z nganą, podchodząc do niego niespiesznie. Spomiędzy ust chłopaka wydobyło się głośne westchnienie.
- Wiem, wiem - mruknął ze znużeniem, jakbyśmy przerabiali to już milion razy. Oparłem się ciężko czołem na jego klatce piersiowej, a on mocno mnie do siebie przytulił, zaciągajac się papierosem tuż nad moja głową.


~*~
- Nigdy nie wprawiało cię to w żadne kompleksy? - Frank się zdziwił nie na żarty. Wzruszyłem ramionami. Średnio mnie to obchodziło po prostu. - Te dzieciaki potrafią wyczyniać w kuchni takie rzeczy, o jakich nam się w życiu nawet nie śniło - stwierdził z  taką dumą, jakby sam spłodził jedno z tych Mastechefów wersji Junior.
- Znaczy się… - mruknąłem, nie umiejąc mu w jakiś specjalny sposób odpowiedzieć. Naprawde mnie to nie obchodziło. - No w sumie spoko, że tak umieją - wydukałem w  końcu. - Chyba - dodałem po chwili, nie wiedząc, jaką chłopak ma teraz minę. Szliśmy powoli korytarzem, także jego twarz przysłaniała maska, a głowę kaptur.
- No dobra - mruknął z rozbawieniem, porzucając temat. Byłem mu za to wdzięczny. Nie lubiłem rozmawiać o gotowaniu, ponieważ sam gotować nie umiałem. Frank miał trochę inaczej. Był w  stanie zrobić w kuchni nieco więcej niż jajecznicę czy tosta.
- Chcesz przyjechać do mnie po pracy? - zapytałem po chwili ciszy. - Izzy znowu nie będzie.
- Jestem umówiony na tatuaż - powiedział, zerkając na mnie przelotnie.
- Znowu? - zdziwiłem się. Iero miał już całkiem sporo tatuaży, na plecach, ramionach, szyi. Nie rozumiałem, po co mu kolejny, ale nie sprzeciwiałem się temu. Jeśli chciał, to była tylko i wyłącznie jego decyzja. Dobrze to wszystko na nim wyglądało, więc właściwie nie miałem nawet prawa się temu sprzeciwiać. - Gdzie tym razem? - zapytałem, kiedy kiwnął powoli głową na potwierdzenie.
- Na dupie - stwierdził kąśliwie i z przekąsem. Humor wyraźnie mu dzisiaj dopisywał. Mi z resztą jakoś też. Był ładny i słoneczny październikowy dzień. Do pracy przyszliśmy dzisiaj na piechotę i nawet jeśli resztę doby mieliśmy spędzić pod ziemią, to liczył się dobry start.
- Ach, rozumiem, że to tak dla mnie - zażartowałem. - Żebym mógł go podziwiać - szepnąłem mu do ucha, a chłopak odruchowo zdzielił mnie pięścią w ramię.
- Jaki ty jesteś czasami głupi - zaśmiał się z niedowierzaniem. Rozłożyłem ramiona na bok, kręcąc głową bezradnie, jakbym już nie był w stanie temu zapobiec.
- Aj, aj, maluszku - westchnąłem przeciągle, obejmując go ramieniem. - Co ty byś beze mnie zrobił?

~*~
Przez sekundę miałem wrażenie, że usłyszałem jego śmiech. Nie byłem do końca pewny, czy to było możliwe i ciężko było mi zweryfikować i opisać dźwięk, którego nigdy wcześniej nie słyszałem. Sama możliwość zaistnienia podobnego zjawiska wydawała się być nieprawdopodobna.

Gerard szedł powoli korytarzem przed nami, zarzucając w pewnym momencie ramie na o wiele niższego od siebie chłopaka z kapturem na głowie. Jego ręka jednak tak szybko, jak się na nim znalazła, tak szybko też spłynęła powoli w dół, wracając z powrotem do swojej pierwotnej pozycji luzem, jakby otoczyła nieznajomego w geście zapomnienia.

- Jak dobrze widzieć, że wstaliście dobrą nogą, chłopcy - przywitał się pan Perez, zwracając tym samym na siebie uwagę.

Wydawało mi się. Twarz Gerarda była tak samo chłodna jak zawsze. To musiał być śmiech chłopaka, któremu zza maski widać było tylko skrzące się radośnie, bursztynowe oczy. Niesamowicie ciekawiło mnie, jak można zachować w tym miejscu pogodę ducha. Na dole nie było niczego, co mogłoby życiu nadać jasnych barw. Chyba, że kogoś szczerze bawiło ludzkie cierpienie, wtedy rzeczywiście - mógł się śmiać do utraty tchu. Właściwie skoro szedł gdzieś z Gerardem, to taki scenariusz był bardzo prawdopodobny. Uzupełniali się w czerpaniu satysfakcji z tych samych, bezdusznych rzeczy.

Nagle poczułem, jak moje serce omija kilka istotnych uderzeń.
Nikt nigdy nie zwracał na nas uwagi.
Byliśmy tłem.

Dlatego kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, doznałem ciężkiego szoku, ponieważ jeszcze nigdy mi się coś takiego nie zdarzyło. Przekonanie o własnej transparentności nie przygotowało mnie na tego typu sytuację. Oczy nieznajomego od razu zmatowiały, jakby właśnie przeprowadzał w głowie szybką analizę mojej osoby i niezbędne do tego kalkulacje okoliczności, w jakich pierwszy raz widzieliśmy siebie nawzajem. Nie byłem w stanie przestać mu się przyglądać, ponieważ same jego oczy były na swój sposób okrutnie hipnotyzujące i przeszywające. Płynne złoto.  Nie umiałem opisać dokładnie tego uczucia - uczucia odzierania ze wszelkich tajemnic. Odczuwałem przejmujący chłód ciała przy jednoczesnym pragnieniu zachowania niewzruszonej maski kompletnego zobojętnienia. Kiedy chłopak się odezwał, przeszedł mnie dreszcz z powodu kontrastu, jakim emanowało moje wyobrażenie na jego temat, a stanem rzeczywistym bądź też wykreowanym na potrzeby chwili pozorem.
- Wyjątkowo ładna, październikowa pogoda - przyznał bardzo ciepło i delikatnie, przerywając nasz specyficzny kontakt wzrokowy. Czułem, że wiedział już o mnie tyle, ile były mu w stanie dostarczyć istniejące na świecie informacje. Nie umiałem nawet opisać dokładnie tego uczucia. To było czyste zdumienie, że ktoś w końcu zwrócił na mnie uwagę oraz szczera obawa, że w istocie ktoś tego w ogóle dokonał. Dotarło do mnie, że właśnie z tego powodu ten człowiek nie ma twarzy. Nie ma twarzy, ponieważ jego zadaniem jest obserwacja i nieuchwytność. Poznanie jego tożsamości nikomu by się tutaj nie przysłużyło, choć nasze tożsamości nie pozostawały dla niego żadną nowością.
- Idealna, żeby pracować - stwierdził kategorycznie pan Perez, dając wszystkim do zrozumienia, że nie są mile widziani na tym korytarzu, kiedy urządzają sobie prywatę.
- Zdecydowanie - przyznał ciepły głos, posyłając mi ostatnie, przeciągłe spojrzenie, jakby usiłował na koniec zapamiętać każdy rys mojej twarzy, po czym obrócił się do nas plecami i po chwili spokojnego spacerku zniknął za rogiem.
- Masz co dzisiaj robić, Gerard? - zapytał szef z przekąsem, posyłając mu zagadkowe spojrzenie.
- Tak, zdecydowanie - odparł sztywno, zerkając na Briana i Zayna. Odniosłem wrażenie, że spojrzenie, jakim obdarzył tego drugiego było o wiele bardziej mroczne niż przewidywała ustawa i nieco dłuższe niż powinno. - Nie ma mnie dziś dla nikogo - dodał strasznie oschle, krzywiąc się przy tym, jakby niedaleko wybiła kanalizacja. Wyglądało na to, że Gerard nie był zbyt przychylnie nastawiony wobec gości pana Pereza, co tylko stawiało w mojej głowie kolejne pytania bez odpowiedzi.
- To świetnie - szef mruknął pod nosem. - Zmywaj mi się stąd do roboty w końcu - powiedział po chwili nieco gwałtowniej, kiedy mężczyźni nadal nie skończyli jakiejś niemej walki na to, którego wzrok szybciej zabije. W końcu Gerard odszedł, lecz w zupełnie innym kierunku, niż znajdował się jego gabinet. Udał się szybkim krokiem tam, gdzie zniknął chłopiec o bursztynowych oczach.


~*~

Byłem jakby obok tego wszystkiego, czego i tak nie rozumiałem. Siedziałem na krześle z założonymi na klatce piersiowej rękami i obserwowałem z dystansu, jak Gerard i Steven po raz tysięczny w tym tygodniu skaczą sobie do gardeł. Cała sprawa wydawała się być banalna, ale tylko z mojej perspektywy.

Za niecały miesiąc w nigdzie niezapisanym kalendarzu firmy figurował wielki targ nieletnich dziewczyn, które miały później być oddawane jako ekskluzywne prostytutki do mafijnych burdeli. Marco brał w tym udział jedynie gościnnie, grzecznościowo, w roli obserwatora, ponieważ sam powoli kończył cały projekt usuwania tego typu atrakcji w swoim biznesie. W całym wydarzeniu oprócz jego ochroniarzy, miał również partycypować Gerard. Steven ponoć każdego roku akurat ten dzień listopada miał zawsze wolny, o czym czarnowłosy doskonale wiedział. Marco postanowił nieoczekiwanie zabrać ze sobą Zayna, na co Way stwierdził, że on się wycofuje z całej tej imprezy i Perez musi sobie znaleźć za niego zastępstwo. No i je sobie znalazł, tylko niestety adresat miał zupełnie inne plany, o których akurat nie mógł wiedzieć szef i oficjalna ucieczka z realną wymówką nie wchodziła tutaj w rachubę.

Tak jak już od dawna wiedziałem, nawet Steven, który rzekomo nie posiada życia prywatnego i swoich małych sekretów, w rzeczywistości miał wielkie tajemnice, o których istnieniu nikt nigdy miał się raczej nie dowiedzieć. Dlatego w pełni go rozumiałem, choć skala oburzenia oraz wyzwisk, jakie ostatnio kierował pod adresem Gerarda osiągnęła wręcz patologiczny wymiar. Zacząłem się aż zastanawiać, czy owa gra jest naprawdę aż tak warta swojej ceny. Sprawa musiała być okrutnie poważna, albo po prostu tak niesamowicie istotna w systemie wartości Stevena, że nie szczędził słów.

Oczywiście w sercu brałem stronę Gerarda. Jednak tylko z początku - do czasu aż nie puściły mu hamulce i sam nie otworzył gęby. Wtedy uznałem, że nie zamierzam się nawet w to mieszać. Niech każdy rozwiązuje swoje sprawy na włąsną rękę. Szambo wyjebało do tego stopnia, że gdyby mogli, to wyciągali by na wierzch zakopane brudy swoich zmarłych przodków sprzed pięciuset pokoleń. Dowiedziałem się na przestrzeni ostatnich kilku dni takich rzeczy, że raczej wolałbym być głuchy na czas ich mini igrzysk śmierci. Ten z tym, ta z tamtym, a kiedy ten, to tamten ten, bo w tajemnicy to tak, a jawnie to siak, a ty skurwysynu bez honoru to co - a no nic, bo ty tamty, a siamty, a wracaj do zakładu chory pojebie, nie byłeś, nie wiedziałeś, to zamknij ryj egoistyczna świnio.

I tak w kółko.
Tak bez końca.

- Życzę ci, żeby ktoś też ciebie kiedyś tak potraktował - warknął w końcu mój przyjaciel. - Uzmysłowisz sobie w końcu, że cały świat wcale się dokoła ciebie nie kręci, zajebany kutasiarzu - rzucił na odchodne, idąc w stronę wyjścia. - Może ty mu przemówisz w końcu do rozsądku, bo ja już się poddaje - powiedział do mnie, wychodząc z trzaskiem drzwi z piwnicy. Spojrzałem niepewnie na Gerarda, który nadal stał w miejscu z dłońmi na biodrach, patrząc w przestrzeń, jakby nie do końca docierało do niego, że ktokolwiek na tym świecie śmiał go nazwać per zajebany kutasiarz.
- Mój się kręci - szepnąłem z uśmiechem, chcąc go odrobinę rozweselić, ale posłał mi tak chłodne spojrzenie, że od razu uśmiech spełzł mi z twarzy. Zaklął siarczyście pod nosem i usiadł na kanapie.

Zupełnie odrębną kwestią zdawał się być fakt, jak Gerard ostatnio się zachowywał. Na powrót stał się chłodny, zdystansowany i zupełnie mi obcy. Każda inicjatywa czy dobre słowo z mojej strony odbijały się do niego jak od lodowej ściany, której nic nie było w  stanie roztopić. Nie chciał spędzać ze mną czasu, na korytarzu raczej unikał, udawał, że Marco zawala go stertą roboty, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wiem, że to kłamstwo. W firmie już od dawna nic się nie działo. Pozostawało nadal pytanie dlaczego. Dlaczego taki był.

Nasza seksualna relacja niewiele różniła się od tej sprzed wyjazdu Waya do Kanady. Przychodził, brał, zamienił parę słów i wychodził. Było mi to nie na rękę do tego stopnia, że zacząłem się cieszyć, kiedy go nie widziałem. Towarzyszyła temu świadomość, że nie będzie usiłował się za mnie zabrać bez mojej zgody. Było to strasznie przykre. W Gerardzie po kilku miesiącach względnej emocjonalnej stabilności, nastąpił tragiczny regres, który jakimś cudem stale postępował. Na powrót stał się tym mrocznym i agresywnym chłopakiem, który mnie niepokoił.

Po bardzo długiej chwili milczenia i wpatrywaniu się Waya pustym wzrokiem w przestrzeń, postanowiłem podejść do niego i usiąść tuż obok. Nie spodziewałem się z jego strony żadnej reakcji, więc gdy rzeczywiście takiej nie otrzymałem, postanowiłem wsunąć delikatnie swoją dłoń między jego szczelnie splecione.

- Co się z tobą dzieje ostatnio, Gerard? - zapytałem spokojnie, kiedy zacisnął swoje palce na moich.
- Co takiego niby? - mruknął niechętnie, krzyżując nasze spojrzenia.
- Co cię tak dręczy, hm? - zmieniłem pytanie, licząc, że może w ten sposób skłonię go do rozmowy. To także jednak nie podziałało.
- Nic - udał zdziwienie, wzruszając ramionami, jakby naprawdę nie widział problemu.
- Żyjesz od kilku tygodni w jakimś innym świecie - powiedziałem wprost. Chłopak spuścił wzrok.
- No nie wiem… - zastanowił się. - Może to ta jesień? - spróbował zbyć temat, ale nie chciałem znów dać mu za wygraną. Ile czasu mógł mnie jeszcze w ten sposób zbywać? Niestety odpowiedź brzmiała - bardzo długo. Taki właśnie był Gerard - mistrz ucieczki i manipulacji, mistrz zwodzenia.
- To nie jesień - stwierdziłem kategorycznie. - Porozmawiaj ze mną - poprosiłem, nie móc w pełni zlikwidować nutki błagania, która wkradła mi się pomiędzy struny głosowe. Otrzymałem od czarnowłosego spojrzenie, które sugerowało, że sam nie wie, co właściwie teraz powinien zrobić, jakby walczył głęboko w sobie przy podjęciu prawidłowej decyzji.

W końcu Gerard zrobił to, co umiał najlepiej, aby zamknąć mi usta, tamując inne pytania, które chciały się wydostać na powierzchnię. Pocałował mnie krótko najpierw w usta, później w nos i wyszeptał: innym razem, po czym wyszedł czym prędzej, jakby w  obawie, że moje pełne zawodu oraz rezygnacji spojrzenie mogłoby go dosięgnąć.


~*~

Od jakiegoś czasu bardzo poważnie zastanawiałem się nad powrotem na terapię. Byłem w stanie niepostrzeżenie przeznaczyć na coś takiego dwie godziny w tygodniu i zarazem uchować w tajemnicy. Raniłem siebie, raniłem innych i byłem nieznośny - tak przynajmniej twierdziła Izzy. Wierzyłem jej, choć treść tych słów w obecnym stanie mojej apatii była nieco abstrakcyjna. Dlatego wolałem unikać Franka. Krzywdziłem go swoją nieobecnością, ale miałem jeszcze tyle rozumu w głowie, aby wiedzieć, że swoją bliskością zaszkodziłbym mu znacznie bardziej. Jednym słowem zaliczyłem kompletny emocjonalny zjazd. Przez czas, jak brałem leki, wszystko wydawało się jakoś grać. Ostatnio jednak odnosiłem wrażenie, że mój organizm niezwykle szybko je zwalczył, jakby to co, co we mnie siedziało było znacznie silniejsze od jakiegokolwiek medykamentu. A może na to nie było lekarstwa? Może zwyczajnie moja dusza była tak przeżarta i zniszczona, że parę tabletek czy płynów nie mogło jej załatać? Już sam nie wiedziałem…

Musisz wpuścić miłość do swojego serca, Gerardzie, mawiała moja babcia. Jednak ja nie wiedziałem, czym jest miłość, jakbym cierpiał na jakąś zaawansowaną formę jebanego autyzmu. Jedyne co musiałem, to w końcu zebrać się w sobie i porozmawiać z Frankiem. Tylko i wyłącznie to mnie męczyło. Dręczył mnie fakt, że nie umiem mu przekazać prostych komunikatów, prostych informacji, które przecież tak wiele by ułatwiły. Na początku sądziłem, że to obawa przed tym, że chłopak mnie zostawi, powstrzymywała mnie przed uzewnętrznieniem swoich myśli, przeszłości czy pragnień. Tak jednak wyglądało skuteczne okłamywanie się. Podświadomie doskonale wiedziałem, że sam sobie wciskam bardzo dobry kit. Iero w życiu by mnie nie zostawił z takiego powodu i cudownie mi się spało z tą myślą. Bezpieczna baza, tak to nazywają. Ja najzwyczajniej w świecie nie umiałem się pogodzić z myślą, że mógłbym zostać uznany za psychopatę, jakiegoś chorego frajera. Jednym ze scenariuszy też rządził fakt, że dla Iero moja historia mogłaby się nie okazać autentyczna lub aż tak traumatyczna, jak ja ją postrzegałem. Coś, co mi zrujnowało życie Frankowi mogłoby się wydać niedorzeczne i śmiesze, ponieważ doskonale wiedziałem, że jego dzieciństwo i całe nastoletnie życie było istnym koszmarem. Nasze tragedie, gdyby położyć je na jednej szali, zupełnie nie były sobie równe. Choć w życiu nie przeszłoby mi to przez gardło, musiałem przyznać przynajmniej przed samym sobą, że byłem dużo słabszy psychicznie niż Frank. Nie miałem pewności czy akurat w tej chwili, ale kiedyś na pewno. Różnica w nas obecnych polegała na tym, że jego traumatyczna przeszłość nie stanęła mu na przeszkodzie, do zachowania w sercu ciepła, a moja po prostu przykra i nieprzyjemna zrobiła ze mnie zimnego bezdusznika. Zatem tym, co mnie w dużej mierze hamowało był wstyd. Wstyd o podłożu bardzo niejednorodnym, wręcz pstrokato mozaikowym.

Moje dziwne i niecodzienne myśli przerwało pukanie do drzwi. Westchnąłem ciężko, odrywając wzrok od białego sufitu, który musiał słuchać wszystkich moich żali i jeszcze trzymać się wciąż poziomie, mimo całej ich żałosności.

- Mhm - mruknąłem głośno, średnio zachęcając gościa do naciśnięcia klamki. Miałem już tylko nadzieje, ze nie jest to Steven. Nie umiałbym dzisiaj na niego spojrzeć. Musiałem go jakoś przeprosić, ale nie do końca wiedziałem, kiedy zdołam przecisnąć te słowa przez gardło nawet w zawoalowanej formie. Kiedy drzwi powoli skrzypnęły, przeniosłem niespiesznie zmęczone spojrzenie w stronę wejścia. Od razu zrobiło mi się jakoś chłodniej. - A ty tu czego? - zapytałem lodowato, siadając prosto w fotelu.
- Mój pobyt tutaj powoli dobiega końca, a wydaje mi się, że nie zdążyliśmy porozmawiać, jak należy - powiedział Zayn z tym swoim kretyńskim półuśmiechem na gębie.
- Jakbym chciał jeszcze kiedykolwiek z tobą rozmawiać, to na pewno bym to zrobił - odpowiedziałem chłodno. - Jak pewnie zdążyłeś się już domyślić, ochoty takiej nie mam, więc rozmawiać także nie mamy o czym.
- Przestań - zaśmiał się, wkładając dłonie w kieszenie spodni. Podszedł do mnie bliżej, zmuszając mnie do wstania. Nie mogłem mu pozwolić do górowania nade mną w jakikolwiek sposób. Spojrzałem na niego przeciągle, zastanawiając się, po co się fatygował z przyjściem, skoro doskonale wiedział, że nie zamierzam wdawać się z nim w zbędne dyskusje.
- Wiesz… - zaczął powoli.
- Nie wiem - przerwałem mu bez wahania. - I nie chce wiedzieć. Wynoś się.
- Wow - zaśmiał się, spoglądając na mnie lisio, lecz jednak nadal stał niewzruszenie - zbyt blisko. Zrobił kolejny krok w moją stronę, z powodzeniem naruszając wszelkie granice mojej strefy komfortu. - Wyjechałeś z Edmonton bez mojej wiedzy, bez mojego pozwolenia - powiedział po dłuższej chwili milczenia. - Zdenerwowałem się - stwierdził spokojnie, choć mogłem sobie jedynie wyobrazić, jak ten jego spokój wówczas w rzeczywistości wyglądał i jak bardzo na tym ktoś ucierpiał. Jeśli kiedykolwiek ktoś się ośmielił nazwać mnie za moimi plecami popaprańcem, to powinien wybrać się na wycieczkę do Kanady i tam poznać prawdziwego wariata. - Czekałem na ten wyjazd. Odliczałem dni do wizyty w Nowym Jorku, żeby się przekonać, czy jeszcze w ogóle żyjesz. I napotkałem podwójne rozczarowanie - nie dość, że wciąż oddychasz, to jeszcze masz się świetnie - stwierdził z przekąsem. Milczałem. Nie miałem temu chłopakowi nic do powiedzenia. - Ja nigdy nie odpuszczam, Gerard. Jeśli chcę coś zniszczyć, niszczę to. Jeśli postawię sobie jakiś cel, to osiągam go bez względu na to, jak wyboista będzie droga, którą będę musiał pokonać. To, że jesteśmy sobie teraz w twoim pokoju kilka metrów pod ziemią, wcale nie oznacza, że nigdy nie spotkamy się gdzieś na powierzchni, z dala od tego świata. Rozumiesz, co chcę ci przez to powiedzieć? - zapytał półszeptem, chcąc zapewne nadać swojej wypowiedzi mrożącego krew w żyłach wydźwięku. Zdziwiło mnie jednak, że jego słowa nie wywarły na mnie żadnego wrażenia. Wręcz przeciwnie. Nawet odrobinę mnie to wszystko rozbawiło. Czy on mi właśnie jakoś śmiesznie groził? Tylko taka myśl mi obecnie towarzyszyła.
- Wynoś się - powtórzyłem spokojnie i stanowczo, chociaż nasze twarze dzieliły milimetry. Nie zamierzałem się ustosunkowywać do jego wzruszającej opowieści. Stwierdziłem, że takiego narcyza jak Zayn nic nie zaboli bardziej niż zwyczajna ignorancja. Był na moim terenie. W Nowym Jorku to ja miałem przewagę i nie zamierzałem pozwolić Suskindowi na jakąkolwiek samowolkę. Nie wiem, co takiego zobaczył w moich oczach, co mimo wszystko pozwoliło mu na podobny akt śmiałości, ale mógłbym przysiąc, że chciał chyba udowodnić coś samemu sobie. Złapałem Zayna mocno za nadgarstek, kiedy jego dłoń powędrowała do klamry mojego paska od spodni. - Masz jakiś problem ze słuchem? - zapytałem, a on się uśmiechnął.
- Nie do końca - stwierdził, odwracając głowę w stronę drzwi.
- Ja tylko na sekundę - usłyszałem opanowany głos Franka. Przymknąłem mocno powieki, klnąc w duchu. Na moim biurku wylądowała teczka wyraźnie przeznaczona dla Zayna. Skurwiel. Spojrzałem na Iero zbolałym wzrokiem, który i tak chyba nie był nic w stanie zdziałać. Zad maski otrzymałem wyraźny komunikat, że nawet nie mam czemu zaprzeczać, bo dla Franka w tym momencie wszystko stało się jasne. Cała ta scena dała mu wysoce spójne wyjaśnienie dla tego, co się ostatnio między nami działo, ale też wysoce mylne, z czego już nie zdawał sobie sprawy. - Nie przeszkadzajcie sobie - dodał na odchodne, zatrzymując przez chwile wzrok na wysokości naszych kroczy, po czym opuścił pomieszczenie.

Zaynowi raczej o wiele więcej do szczęścia też potrzebne nie było, bo bardzo szybko się ode mnie odsunął, zgarniając z biurka teczkę. Zerknął na swój zegarek.

-  Nieco zbyt szybko, ale szczęśliwie w punkt - oznajmił mi z kamienną twarzą, poprawiając poły marynarki. - Nie miej mi tego za złe - powiedział bez cienia skruchy. - Po prostu inaczej mój przyjazd tutaj mijałby się z celem - wyjaśnił, po czym również wyszedł, dodatkowo trzaskając drzwiami.

Ja za to stałem dalej w zupełnym osłupieniu, zastanawiając się, czy to wszystko aby mi się nie przewidziało.


~*~

Na wiele rzeczy w życiu byłem raczej przygotowany. Zastanawiałem się, czy jeszcze coś kiedyś będzie w stanie mnie zaskoczyć do tego stopnia, że zabraknie mi słów na opisanie doznanego zjawiska. Raczej w to wątpiłem, choć miałem nadzieję, że jeśli już to się kiedyś wydarzy, będzie momentem bardzo przyjemnym, rekompensujacym wszystkie życiowe przykrości, jakie mnie w zyciu spotkały. Jednak mój świat był trochę inaczej zbudowany, a rzeczywistość, która dokoła rozgrywa swoją sztukę, pokazywała mi wyraźnie, że naprawdę jestem dzieckiem spłodzonym z pecha oraz wszelkiego dostępnego ludzkiej świadomości nieszczęścia.

Trwaliśmy już od dłuższego czasu w milczeniu, siedząc w skąpanej mrokiem kuchni. Jedynym źródłem światła w mieszkaniu Gerarda zdawał się być blask pełni ksieżyca, który pozwalał nam dojrzeć siebie nawzajem, jeśli dojrzeć byśmy siebie chcieli. Ja patrzeć na Waya nie miałem ochoty. Stał oparty o filar rozdzielający kuchnię i sypialnię, a ja siedziałem na blacie, wyglądając przez okno na wiecznie żyjące miasto.

- Powiesz coś? - zapytał w końcu zachrypniętym głosem. Wzruszyłem ramionami.
- Jeszcze nie wiem co - odpowiedziałem w zamyśleniu, ale jednak zupełnie szczerze. Naprawdę nie rozumiałem, po co zgodziłem się tutaj przyjechać. Nie mieliśmy o czym rozmawiać. Nie widziałem sensu w tym, żeby siedzieć i słuchać tłumaczeń, których wcale nie chciałem słuchać, a których być może i tak bym nawet nie usłyszał. Bądźmy realistami, mowa tutaj o Gerardzie, któremu nawet przez myśl nie przejdzie, że mógłby mieć w czymś choć trochę swojej winy. - Jak długo to trwa? - zapytałem w końcu, choć mogłem się sam łatwo domyślić.
- Co takiego? - zapytał głucho, jakby potrzebował czasu, żeby chyba przypomnieć sobie, po co w ogóle mnie do siebie ściągnął w środku nocy. Przetarłem sobie dłońmi zmęczoną twarz. Człowiek beton, po prostu. Inaczej tego ująć już nie byłem w stanie. Posłałem mu zdegustowane spojrzenie.
- Twoja relacja z Zaynem - sprecyzowałem spokojnie, choć to nadal mnie w pewnym sensie naprawdę bolało. Widok tej dwójki w bardzo dwuznacznej sytuacji śmiertelnie mnie zaskoczył. Zaprzeczył wszystkiemu, w co do tej pory wierzyłem. Oczywiście zawsze gdzieś istniał pewien margines błędu, lecz w przypadku naocznych dowodów, ciężko było tutaj raczej mówić o jego dużych wartościach.
- Nie ma żadnej relacji, Frank - westchnął ze znużeniem, jakby powtarzał mi to już setny raz, a nie wypowiadał po raz pierwszy. - Po prostu wszedłeś w momencie, który szło opacznie zrozumieć - stwierdził z wyrzutem. Pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- Mam cię przeprosić, że wybrałem sobie zły moment? - zapytałem z oburzeniem. - Bo powiedziałeś to tak, jakby to była właściwie moja wina, że przeszkodziłem wam, kiedy dobieraliście się sobie nawzajem do spodni.
- Jezus… - westchnął z irytacją, przechodząc w nerwach do salonu. W końcu zapalił papierosa, nadal stojąc do mnie tyłem. - To on do mnie przyszedł - wycedził przez zęby, dźgając powietrze palcem wskazującym. Dosadnie zaakcentował wykonawcę tej czynności, po czym mocno zaciągnął się dymem. - Całkiem nieproszony - dodał stanowczo, podchodząc do okna. Spędził tam następne dwie minuty, dopalając powoli papierosa. Kiedy skończył, podszedł do stojącej na stoliku w salonie popielniczki i wrzucił do niej niedopałek, wypuszczając ostatnie szare smugi spomiędzy swoich ust. - Wiesz doskonale, że oglądanie go to nie jest dla mnie żadna przyjemność - powiedział, tak jakby w to wierzył i chciał mnie do tego przekonać lub przynajmniej upewnić się, że myślę podobnie. Bo myślałem podobnie, dlatego wszystko, co zobaczyłem, wydawało mi się bynajmniej niedorzeczne.
- Gerard… - zacząłem niepewnie, kiedy do mnie podszedł. - Co ty tak właściwie do mnie czujesz? - wyszeptałem, gubiąc się naprawę w tym, kim dla siebie jesteśmy.
- Błagam, Frank… - westchnął ciężko, opierając się dłońmi na blacie kuchennym tuż przy mnie. Pochylił głowę do przodu i zgarbił całą swoją posturę, jakby ciężar tego pytanie był niemożliwy do udźwignięcia na jego barkach.
- To stosunkowo łatwe pytanie - stwierdziłem łagodnie, nie chcą mu jeszcze bardziej dokładać. Jednak sam się  to od jakiegoś czasu prosił, a ja nie mogłem wiecznie dryfować o pustym morzu. Też chciałem wiedzieć, na czym stoje po roku tej pojebanej znajomości.
- Nie dla mnie - zaprzeczył głosem tak słabym, że ledwo go usłyszałem.
- Co w nim takiego trudnego? - zacząłem drążyć, aby może mu jakoś ułatwić jakiekolwiek, choć najmniejsze uzewnętrznienie własnych myśli.
- Uczucia… - wydusił w końcu, lekko bujając się to w przód, to w tył.
- Uczucia są aż takie straszne? - zapytałem, siląc się na jak największą subtelność. Odpowiedziała mi cisza.
- Nie zrozumiesz tego - powiedział ostatecznie, nalewając sobie do szklanki wody. - Przełóżmy to - zdecydował, nawet nie pytając mnie o zdanie. Zawsze wszystko tak wyglądało. Czułem się jak zwykły przedmiot dopasowywany do jego nastroju. - Jeszcze… jeszcze nie teraz - wtrącił szybko, jakby to miało cokolwiek zmienić, cokolwiek załagodzić.
- A kiedy? - zapytałem bezsilnie, wcale nie oczekując odpowiedzi. - Nie oczekuje przecież od ciebie deklaracji wielkiej miłości - zapewniłem go. - Nie jesteśmy gówniarzami, Gerard. Chciałbym jednak wiedzieć, na czym stoję - wyartykułowałem, upewniając się, że każde moje słowo do niego dotrze.
- Jest... okej - powiedział niepewnie, wzruszając ramionami.
- Okej - zaśmiałam się gorzko, łapiąc się za skronie. - Dobry boże… - mruknąłem, będąc na skraju załamania. Nie sądziłem, że jest aż tak opornym człowiekiem. Pierwszy raz stanąłem w obliczu rozmowy z kimś tak zatwardziałym, nieczułym i zamkniętym w sobie. Z Sethem nigdy nie musiałbym odbywać podobnej konwersacji. Natychmiast odrzuciłem od siebie tę myśl. Nie mogłem ich porównywać. To nie było właściwe. - No właśnie nie wiem, czy zauważyłeś, ale nie jest okej, Gerard - powiedziałem bardzo poważnie. - Od dłuższego czasu już nic nie jest okej i wszystko zaczyna się między nami robić dokładnie takie samo, jak przed twoim wyjazdem - stwierdziłem najzupełniej poważnie, doskonale zdając sobie sprawę z tego, do czego zmierzam. Na chwilę obecną jednak nie widziałem już innego rozwiązania. Oboje się aktualnie męczyliśmy - Waya irytowały moje pytania, a dla mnie nie do zaakceptowania na tym etapie znajomości był brak odpowiedzi. Czarnowłosy spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Chyba dotarło do niego, że to już nie są żarty, że naprawdę ta rozmowa jest dla mnie bardzo ważna i nie mam dzisiaj odpowiedniego nastroju na gierki, wymigiwanie się od odpowiedzi oraz półsłówka.
- Co masz na myśli? - zapytał w końcu, choć doskonale znał odpowiedź. Przez chwilę jeszcze się zawahałem, czy aby na pewno jest to dobre posunięcie. Szybki szacunek zysków i strat jako konsekwencji dalszych słów jednak okazał się niemożliwy do wykonania. Każdy z nas w efekcie coś tracił i być może coś zyskiwał. Pewne rzeczy nie były materiałem na poddanie się jakiejkolwiek predykcji. Niekiedy w życiu musiały zostać wielkie niewiadome. Mogłem teraz wszystko zaprzepaścić. Dotarło do mnie jednak, że tak czy siak i bez tego nasz związek nie miał sensu.
- Że to nie dla mnie, Gerard - wyszeptałem, bojąc się przypieczętować wszystko zbyt pewnym siebie głosem. Ulegałem złudnemu przekonaniu, że słowa wypowiedziane bez odpowiedniej mocy, w jakiś irracjonalny sposób zostawiają pewien fyrtel, jakiegoś rodzaju  furtkę.
- Słucham? - zapytał głucho, a głos mu się na końcu lekko podłamał.
- Nie piszę się na związek, w którym czuję się jak szmata, dzięki której realizujesz swoje potrzeby. Nie chcę być dla ciebie nikim na chwilę, na parę razy, bez większych uczuć, konkretów czy zaplanowania choćby najbliższej przyszłości - stwierdziłem prosto z mostu. - Na dłuższą metę tak się nie da żyć i doskonale to wiesz, Gee - dodałem po chwili, kiedy chłopak nie zdobył się na żadną reakcję. Wydawało mi się, że powoli układa sobie to w głowie, jakoś analizuje i być może szuka stosownej odpowiedzi. Jednak w miarę upływającego czasu, kiedy nie następowała z jego strony inicjatywa, stwierdziłem, że chyba właśnie ten brak odpowiedzi jest odpowiedzią, jakiej chciał mi udzielić. Westchnąłem ciężko, zsuwając się ostrożnie z kuchennego blatu. - To ja już pój…
- Nigdzie się stąd nie ruszysz - warknął naglę, waląc pięścią w stół z taką siłą, że usłyszałem szczęk sztućców w szufladzie parę szafek dalej. Przeszedł mnie dreszcz. Spojrzałem na chłopaka z przestrachem, bojąc się zrobić krok w jakimkolwiek kierunku. Nienawidziłem tej jego strony, która poruszała moje serce w bardzo nieprzyjemny sposób. Zawsze kiedy tak się zachowywał, szukałem w głowie reakcji obronnej, która mogłaby mnie jakoś uchronić przed skutkami jego gniewu. To był kolejny aspekt naszej relacji, którego nie umiałam zaakceptować. Nie po to, uciekłem od jednego tyrana, żeby po kilku sekundach złudnej wolności znów lądować w ramionach drugiego. Nie taki był cel.
- To nie ma sensu - szepnąłem łagodnie, robiąc krok w tył. Czekałem na jakąś reakcję ze strony Waya, jednak żadna nie nastąpiła. Uznałem, że otrzymałem zielone światło na odejście z tego miejsca i odejście od niego. Dlatego po kilku sekundach zrobiłem kolejny i kolejny, aż w końcu obróciłem się ostrożnie na pięcie i zacząłem powoli schodzić po tych kilku schodkach, które rozdzielały kuchnie z salonem.

Gerard jednak podążył za mną krokiem tak pewnym i zamaszystym, że aż w pewien sposób przerażającym. Serce biło głośno, wywołujac szum w uszach, a mózg zaczęła paraliżować panika. Instynktownie zbliżyłem się do ściany, idąc jednak nadal przed siebie, aby w razie gwałtownego zderzenia z betonem, aż tak bardzo nie odczuć tego na plecach.

Tak też się stało. Nie musiał co prawda tego robić aż tak szorstko, ale nigdy nie był mistrzem łagodnego obejścia z człowiekiem. Way szarpnął mnie za ramię, pociągając do tyłu, abym na niego spojrzał, po czym zagrodził mi drogę ucieczki, kładąc swoje dłonie na ścianie po obu stronach mojej głowy. Nie rozumiałem, dlaczego moje oczy napełniły się od razu łzami. Czy dlatego, że wiedziałem, jaki będzie następny krok? A może dlatego, że zdawałem sobie sprawę, że dzisiaj ten krok niczego nie zmieni, że tu z nim nie zostanę? W tym momencie też rodziła się krutna niepewność, ponieważ żaden z nas nie wiedział, jak wygląda dalszy etap. Nigdy wcześniej do niego nie dotarliśmy, a to rodziło pewnego rodzaju niepewność.

Pokręciłem głową w zaprzeczeniu tuż przed tym, jak usta Waya mocno, wręcz brutalnie naparły na moje. Nie odwzajemniłem tego pseudo-pocałunku, niemal od razu go przerywając. Nie oznaczało to jednak uzyskania jakiejkolwiek przewagi czy wolności. Chłopak górował nade mną fizycznie. Nie było niczego, co mógłbym zrobić, aby pod tym względem wydostać się z jego mieszkania. Mogłem żyć jedynie nadzieją, że dam radę wpłynąć na niego słowami.

- Gerard… - szepnąłem błagalnie, chcąc go tym namówić, aby odpuścił, ale chłopak chyba nie zamierzał się poddawać. Złapał mnie mocno za nadgarstki i jeszcze raz podjął próbę wymuszenia na mnie uległości. - Gerard, błagam cię… - powiedziałem niemal histerycznie, oswobadzając prawą rękę, którą położyłem na jego klatce piersiowej. Naprawdę zaczynałem panikować. Nie chciałem, aby to wszystko tak się skończyło. Gdybym teraz pozwolił mu się wziąć - tutaj, pod ścianą, to już nie umiałbym go wytłumaczyć. To byłby najzwyklejszy w świecie gwałt, ponieważ obecnie niczego w życiu nie chciałem mniej niż oddania swojego ciała Wayowi. Kiedy ręka czarnowłosego wylądowała przy krawędzi moich spodni, zacząłem się szarpać. - Puść mnie - jęknąłem, odtrącając jego dłoń, którą jednak szybko zastąpiła druga. Ciało chłopaka przygniotło mnie mocno do ściany, blokując jakikolwiek ruch. Czułem, jak po policzku zaczynają mi spływać łzy czystego przerażenia i bezradności. Zaparłem się z całej siły rękoma o klatkę piersiową Gerarda. - Puszczaj mnie! - krzyknęłem, odpychając go tyłu tak mocno, jak tylko obecny stan mi na to pozwalał. Mężczyzna zachwiał się, utrzymując jednak równowagę, lecz już do mnie nie podszedł. Między naszymi ciałami pojawił się dystans rzędu kilku sporych kroków.

Oboje ciężko dyszeliśmy, patrząc na siebie jakby po raz pierwszy. Nie wiem, co miałem wypisane na twarzy, lecz u Waya zauważyłem tyle różnych emocji, że nigdy nie byłbym w stanie ich na raz adekwatnie opisać. Byliśmy zagubieni. Zdecydowanie w życiu nie podejrzewałem, że taka sytuacja będzie miała między nami kiedykolwiek miejsce, a przynajmniej nie ostatnimi czasy.

Ogień i woda. W takich słowach mogłem nas opisać. Prezentowaliśmy sobą dwa różne światy, które niekiedy zdawały się nie mieć żadnych punktów wspólnych. Nasze połączenie się w jedno uruchamiało program totalnej destrukcji, której żniwa teraz zbieraliśmy. Kochałem go i nienawidziłem jednocześnie, a on kochał mnie i nienawidził siebie chyba jeszcze bardziej. Jak takie coś miało się kiedykolwiek udać?

- Czego ty kurwa ode mnie chcesz? - zapytał w końcu, opadając plecami na barek, który miał za sobą. - Co jeszcze mam zrobić? - jęknął histerycznie, czekając na jakąkolwiek odpowiedź z mojej strony. Wszystko jednak było dla mnie do tego stopnia abstrakcyjne, że nawet nie umiałem sklecić w głowie jednej rozsądnej myśli. Patrzyłem w jego rozbiegane, pełne niedefiniowalnego szału oczy, które w swoim zagubieniu nie wiedziały, czego pragnęły. Tak mnie ta myśl pochłonęła, że nie zarejestrowałem momentu, w  którym w dłoń Gerarda wpadło coś ciężkiego i szklanego. - No co?! - wrzasnął nieoczekiwanie, rzucając tym przedmiotem w ścianę tuż przy mojej głowie. Potworny huk rozdarł moje bębenki. Doznałem tak ciężkiego szoku pod wpływem tego gestu, że nawet nie zdążyłem się skulić. Dopiero po chwili w pełni dotarło do mnie, co właśnie miało miejsce, kiedy zaczął mnie szczypać policzek, a z żuchwy kapać krew. Zatrzęsły się pode mną nogi. Czułem, że lada chwila osunę się na ziemię i obojętne mi już bedzie, co się ze mną stanie.

Nie wiedziałem, jakim cudem byłem w stanie jeszcze otworzyć usta.
Jakim cudem sformułować logicznie brzmiące zdanie.
A już na pewno nie byłem w stanie pojąć cudu, którym było tego zdania wypowiedzenie.

Spojrzałem na Gerarda zaszklonymi oczami, zauważając, że jest równie zagubiony w tym, co zrobił jak i ja.

Spojrzałem na niego i zwyczajnie wyszeptałem:

- Spraw, żebym w  końcu przestał się ciebie bać...