poniedziałek, 25 czerwca 2018

Take Care of My Soul


24



Droga do domu Franka minęła nam w grobowej ciszy. Sam fakt, że w ogóle siedzieliśmy w jednym aucie graniczył z cudem, biorąc pod uwagę wydarzenia sprzed niecałej godziny.

Chciałem się jakoś odezwać, przeprosić, obiecać poprawę. Nic z tych rzeczy jednak nie brzmiało w mojej głowie adekwatnie. Byłem na siebie zły, bo zjebałem wszystko po całości. Nie miałem prawa się odzywać i prosić o wybaczenie, będąc takim kretynem. Dałem się ponieść fali agresji, która w ogóle nie powinna nastąpić. Wszystko to napędził zwyczajny strach. Myśl o tym, że Iero mógłby ode mnie odejść była tak obezwładniająca, że aż nie do wytrzymania. Nie umiałem go zatrzymać słowami. Okazało się jednak, że mistrzem zatrzymywania gestem również nie nigdy nie będę.

Frank milczał. Nie odezwał się do mnie nawet słowem. Kiedy o coś pytałem, kiwał głową na potwierdzenie i zaprzeczał w ten sam sposób. Teraz wyglądał przez okno z kamienną twarzą, trzymając swoje ręce skrzyżowane na klatce piersiowej, jakby dawało mu to psychiczne bezpieczeństwo, jakby poszerzało jego strefę komfortu.

To najprawdopodobniej był nasz koniec. Wiele razy się już kłóciliśmy, wiele razy krzyczeliśmy sobie straszne rzeczy prosto w twarz. Tym razem to jednak nie była zwykła sprzeczka, nad którą mogliśmy w prosty sposób przejść do codzienności. Martwiłem się o to, co teraz między nami będzie. Z pewnością musiałem wykonać pierwszy ruch i postarać się jakoś to naprawić, ale nigdy nie byłem dobry w sprzątaniu bałaganu, który robiłem. A już zwłaszcza w naprawianiu relacji z drugim człowiekiem, którą ewidentnie spieprzyłem.

Zaparkowałem na podjeździe, gasząc od razu silnik. Jeśli teraz się nie odezwę, to później będzie już zdecydowanie zbyt późno, pomyślałem. Spojrzałem na Iero i jego rozcięty policzek, na którym najprawdopodobniej zostanie blizna z powodu głębokiego nacięcia. Na kołnierzyku jego koszulki widać było zaschnięte plamy krwi, jakby rana sama w sobie była zbyt znikomą pamiątką po tym wspaniałym wieczorze.

Najbardziej mnie bolało to, że obiecałem sobie sam przed sobą, że  w życiu nie dotknę go w sposób, którego by sobie nie życzył. Przysięgałem zmianę, zarzekałem się, że nie zrobię mu krzywdy. Nie chciałem nawet wyobrażać sobie, jak ogromny zawód go spotkał i jakie rozczarowanie, skoro nie był nawet na mnie w stanie spojrzeć. Ja też na siebie patrzeć nie chciałem, ponieważ musiałbym stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, który niszczy wszystko, czego się dotknie i jakoś stawić tej informacji czoła.

- Przepraszam… - zacząłem niepewnie, wyciągając w stronę Franka drżąca dłoń. Brunet jednak szybko i stanowczo ją odtrącił, a ciszę w aucie przerwało ciche pacnięcie zderzenia skóry o skórę, kiedy nasze ręce odbiły się od siebie nawzajem.
- Nie dotykaj mnie - powiedział chłodno, nawet nie zerkając w moją stronę. Westchnąłem ciężko, opierając skroń na zagłówku. To było ponad moje siły. Nie umiałem tego rozwiązać. Bezpośrednia konfrontacja z Iero w tym momencie zwyczajnie przekraczała moje możliwości komunikacji.

Chciałem jakoś klarownie wyrazić to, jak bardzo źle się czułem z całym tym zajściem.
Chciałem powiedzieć, że jestem dupkiem i nie zasługuje na wybaczenie.
Chciałem powiedzieć, jak bardzo żałuję, że wszystko potoczyło się nie tak, jak powinno.
Chciałem powiedzieć, że mi przykro z powodu tego, jak to wszystko zostało rozegrane.
Chciałem obiecać, że się zmienię, że nic takiego już się w życiu nie powtórzy, że zacznę nad sobą pracować.
Przede wszystkim jednak chciałem umieć to powiedzieć na głos.

- Frankie… - mruknąłem cicho, kiedy chłopak pociągnął nosem, zagryzając przy tym dolną wargę. Jego podbródek lekko drżał. Wiedziałem, że jeszcze chwila i się zupełnie rozklei.
- Po prostu nie dotykaj - wydusił z siebie w końcu, ledwo powstrzymując głos przed załamaniem, po czym pociągnął za klamkę i szybko wyszedł z samochodu, trzaskając za sobą drzwiami.

W tym momencie dotarło do mnie, że chyba jednak powinienem był go dotknąć, tylko jak zwykle nie złapałem tego w porę. Patrzyłem, jak brunet szybko wbiega po schodkach na werandę i znika we wnętrzu domu, odcinając się ode mnie na zapewne bardzo długi czas. O ile nie na zawsze.


~*~
Kiedy rano otworzyłam oczy, już na starcie wiedziałem, że raczej nie wyjdę dzisiaj z łóżka. Głowa mnie bolała, a policzek pulsował tępym pieczeniem, które zdawało się rozlewać na całą twarz. Przede wszystkim jednak zupełnie nie miałem ochoty na opuszczanie materaca. Nie miałem w ogóle ochoty na ruszenie jakąkolwiek częścią mojego ciała.

Apatia przez rozczarowanie. To właśnie rozdzierało moje serce od wczorajszego wieczora. Zastanawiałem się, jak mogłem być z takim człowiekiem, jak Gerard. Co najlepszego strzeliło mi do łba, aby pakować się w relację z osobą, która była całkowitym zaprzeczeniem poczucia bezpieczeństwa oraz stabilizacji, które od zawsze przyświecały mi jako ideał związku i całego przyszłego życia. To był fundament moich wszelkich marzeń oraz głęboko skrywanych pragnień. Nie chciałem burzliwego życia, stale buzującej w moich żyłach adrenaliny, wiecznego poczucia zagrożenia oraz niepewności tego, co przyniesie następny dzień. Ja pragnąłem nudnej do bólu monotonii, nieprzesadnej schematyczności i świętego spokoju, jeśli niespodzianek - to tylko tych nieszkodliwych oraz niewinnych, a jeśli przykrości - to tylko takich powierzchownych, które właściwie nawet na miano realnych przykrości nie zasługują.

Postanowiłem zadzwonić do Stevena. Musiałem się jakoś wytłumaczyć z tego, że nie ma co liczyć na moją dzisiejszą obecność w pracy oraz prosić o przebaczenie czynu tak karygodnego. Wiedziałem, że mężczyzna nie dostrzeże w tym żadnego problemu. Zapewne powie, że wszystkim się zajmie, bo w firmie nic się nie dzieje. Przynajmniej tak to sobie ułożyłem w głowie i z nastawieniem na usłyszenie podobnego komunikatu wybrałem numer przyjaciela. Odebrał jak zwykle niemal od razu, przyzwyczajony do tego, że musi być dostępny zawsze i wszędzie, o każdej porze dnia. Jego głos jednak już nie sugerował wiecznej gotowości do entuzjastycznego wykonywania rozkazów.

- No? - zapytał tradycyjnie i znudzenie. Przysięgałem sobie kiedyś, że w końcu zwrócę mu na to uwagę, ale wciąż wylatywało mi to z głowy, aż pewnego razu stwierdziłem, że to i tak nie miało sensu. Nie wypadało go pouczać.
- Hej - przywitałem się głosem tak zachrypniętym i zmarnowanym, że aż sam siebie tym faktem zszokowałem. - Strasznie źle się dzisiaj czuje. Jakaś zarazki czy coś - skłamałem słabym głosem. Przynajmniej on działał w tych okolicznościach na moją korzyść. Byłem raczej słabym łgarzem, dlatego cieszyłem się, że moje realne samopoczucie pełni świetną funkcję maskujących dla mijających się z rzeczywistością słów. - Wolałbym nie przychodzić dzisiaj do pracy - powiedziałem zupełnie szczerze i nieco błagalnie. - Wiesz może, jak mógłbym to załatwić z Marco? - zapytałem.
- Załatwię to, luz - stwierdził bez chwili zastanowienia. - Nie jesteś tu przecież póki co potrzebny. Zupełnie nic się nie dzieje. Nawet sobie serial odpaliłem - odparł znużenie, przeżuwając jakieś chrupki.
- Jesteś pewny? - dopytałem dla czystej formalności.
- W stu procentach pewny - potwierdził. - Przecież grypa też nie trwa wieczność, a maks trzy dni, no nie? - zapytał ze śmiechem. Uświadomił mi tym samym, że muszę być naprawdę tragicznym kłamcą. Subtelnie zasygnalizował mi na jaki rodzaj zarazków zapadłem i jaki czas mam na wypadnięcie z ich sideł. Był niesamowity, musiałem przyznać.
- Dzięki - uśmiechnąłem się pod nosem. - Naprawdę czuję się okropnie - dodałem na swoją obronę.
- No wiem, wiem - mruknął bez większego przekonania. - Słyszę właśnie - dodał, mieląc coś bezustannie między zębami. - Kuruj się, młody - westchnął na pożegnanie, po czym się rozłączył.

Na poły bezwiednie dotknąłem swojego policzka, przesuwając delikatnie opuszkiem palca po ledwo co zasklepionej ranie. Może byłem tchórzem, nikt w końcu nie urodził się idealny. Jednak naprawdę nie miałem zamiaru nigdzie dzisiaj wychodzić i może jeszcze wpaść przez przypadek z moim szczęściem na Gerarda. Chciałem jakoś puścić to w niepamięć. Musiałem zatrzeć sobie w głowie rysy twarzy czarnowłosego, wymazać z pamięci oczy pełne gniewu, oczy pełne żalu, nieudolną chęć wyrażenia tego, jakim cholernym jest kretynem.

Prawda była taka, że nie umiałem go znienawidzić. Na tym chyba polegał cały problem. Potrzebowałem tej przerwy nie dlatego, żeby dojrzeć do przebaczenia chłopakowi, przepracowania jego zachowania w swojej głowie i zastanowienia się nad tym, czy jest cokolwiek z tego zamieszania do zebrania i naprawienia. Potrzebowałem tej przerwy, aby dojrzeć do tego, że powinienem mieć mu to za złe, że powinienem się gniewać, ignorować go, ciskać na frajera kurwami i uświadomić, jak bardzo wszystko schrzanił. Musiałem sam siebie przepracować, nie Gerarda. Sam chłopak też tego potrzebował. Musiał dojść do wniosku, że nie będę mu wiecznie wybaczał, choć ja sam doskonale wiedziałem, że długo gniewać się nie będę umiał. Chciałem, aby wykazał się inicjatywą, poukładał sobie w głowie całe zajście, doszedł do istotnych wniosków i nauczył się, że nie będzie zawsze tak, jak on tego chce. Z drugiej strony trochę obawiałem się trybu, w jakim to jego przepracowywanie winy będzie przebiegało. Nie chciałem, aby ktokolwiek na tym ucierpiał, a zwłaszcza on sam. Zbyt dużo emocji na raz sprawiało, że stawał się impulsywny, a kiedy nie umiał sobie z nimi poradzić, albo ich wyrazić, to ta impulsywność przeradzała się w agresję. Gerard nie umiał szukać wsparcia. Pragnienie kontaktu, wygadania się czy nadanie komunikatu, że potrzebuje pomocy, uwłaczało jego godności. Ta pomoc sama musiałby go znaleźć, co obecnie nie było chyba najprostsze. Ze Stevenem się kłócił od dłuższego czasu i nie zapowiadało się na to, że mieliby odłożyć na bok swoje animozje. Cała nadzieja leżała po stronie Isabelle, choć to też był raczej grząski grunt, ponieważ niebawem miała się wyprowadzić do Marco, który w końcu po tylu latach zaczął coś robić dla ich związku. Jednym słowem Gerard został właściwie sam - zdany tylko i wyłącznie na swoje myśli. To właśnie martwiło mnie najbardziej.


~*~

Dzisiejsza cisza była jakaś inna. Przynajmniej taką właśnie ją odbierałem. Siedziałem w fotelu w gabinecie i szukałem rozwiązania. Przynajmniej początkowo. Chciałem jakoś to naprawić, przechodząc w swojej głowie przez takie etapy, o których istnienie nawet bym się nie podejrzewał.

Żal i bezradność.

To było jako pierwsze. Czułem to jadąc autem do Franka i później wracając do domu już bez chłopaka. Żal przejawiał się w tym, że było mi autenczycznie przykro, a bezradność odzwierciedlał fakt, że nie wiedziałem, jak mam wszystkim pokierować, aby to naprawić. Ogół tego dramatu jeszcze bardziej się spotęgował, kiedy wszedłem do ciemnego, pustego mieszkania, zobaczyłem potłuczone szkło na podłodze i dotarło do mnie, że zostałem zupełnie sam.

Zaprzeczenie.

No i dobrze się stało, pomyślałem, kładąc się po prysznicu do łóżka. Nie musiałem już z nikim rozmawiać, nikomu się tłumaczyć i zachodzić w głowę, jak poprawić relacje z innymi ludźmi. To wiele ułatwiało. Doszedłem do wniosku, że zwolnienie sobie odrobiny pamięci roboczej wyjdzie mi tylko na dobre. Nigdy nie potrzebowałem drugiej osoby do życia, zawsze byłem samowystarczalny i funkcjonowanie w pojedynkę nie stanowiło dla mnie wyzwania, to też było jakieś rozwiązanie. Wydało mi się śmieszne, że kiedykolwiek planowałem z czegokolwiek się wytłumaczyć i za coś przeprosić. Dlaczego miałem się zmieniać? Może nawet tego nie chciałem, więc niby w jakim celu miałem się do kogoś dostosowywać.

Zagubienie.

Ze snu jak zwykle wyrwał mnie jakiś dziwny koszmar, który zalał mnie zimnym potem. Nabrałem spazmatycznie powietrza w płuca, wyciągając rękę w bok, aby uchwycić się Franka niczym ostatniej deski ratunku. Moja dłoń jednak natrafiła na próżnię. Przetarłem sobie twarz kawałkiem koszulki. Chwyciłem telefon w dłoń i kiedy go odblokowałem, uświadomiłem sobie, że nie mogę do niego zadzwonić tak jak zawsze to robiłem. Nawet jeśliby odebrał, to w obecnej sytuacji nie powinienem tego połączenia nawet wykonywać.

Siedziałem przez chwilę na materacu, który robił się coraz chłodniejszy i zacząłem się bać wniosków, do których dochodziłem. Był środek nocy, a ja właśnie wybudziłem się z koszmaru. Nie myślałem racjonalnie i moje pragnienia również nie mogły takie być. Gdybym na spokojnie wszystko przemyślał, takie wnioski nigdy by mi się nie nasunęły.

W miarę upływu czasu, musiałem się jednak pogodzić z tym, że potrzebowałem jego bliskości. Potrzebowałem Franka, do którego mogłem się przytulić, od którego usłyszałbym słowa wsparcia i zainteresowania, który nie wyśmiałby tego, że posiadam taką potrzebę czułości. Powiedziałby że nie jest ona niczym złym, a stanowi typowy, zdrowy, ludzki odruch. Przy nim nie musiałem wstydzić się swoich słabości, zakładać maski chłodu czy bezduszności. Przy Franku mogłem być słaby i zakompleksiony, mogłem żartować i się uśmiechać się bez obawy, że ktoś to przeciwko mnie wykorzysta. Ja po prostu go potrzebowałem, aby normalnie funkcjonować.

Planowanie.

Nie mogłem tak po prostu do niego podejść i powiedzieć: przepraszam, czy teraz może już być między nami normalnie. Znaczy się, to było bardzo w moim stylu i gdyby to była zwykła sprzeczka, po której rozeszlibyśmy się w rytm trzaskających drzwi, to najprawdopodobniej taką taktykę bym po raz kolejny obrał. Tym razem jednak musiałem się wysilić, żeby nie wyglądało to tak bezpłciowo jak zawsze.

Miałem trochę czasu, ponieważ naszedł zapewne okres, w którym Frank będzie mnie unikał. Postanowiłem nie wchodzić mu w drogę. Przynajmniej nie od razu. Emocje musiały opaść, a umysły ochłonąć, tego byłem pewien. Chciałem tej separacji też z innego względu. Chciałem się przekonać, co miała na myśli Izzy, kiedy mówiła, że w końcu przekonam się jak to jest, kiedy zostanę zupełnie sam. Otóż zostałem zupełnie sam, dostałem okazję się przekonać. Założyłem, że powinno to usunąć jakieś niewidzialne klapki z moich oczu, pokazać mi rzeczy istotne i może uświadomić te, których sobie uświadomić do tej pory nie byłem w stanie.

Z myśli wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. Gość jednak nie czekał na odpowiedź i od razu wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. Na klucz. Westchnąłem ciężko, nie mając zupełnie ochoty na następną kłótnię. Wypaliłem się na tym polu, nie chciałem z nikim drzeć kotów.

Steven usiadł wygodnie na kanapie, która stała w rogu na wypadek właśnie takiej wizyty. Przez długi czas nie odezwał się nawet słowem, dlatego dotarło do mnie, że nie przyszedł tutaj w celu wyjaśnienia mi, co znaczy zajebany kutasiarz. Chodziło o coś innego.

- Powiedz mi… - zaczął spokojnie. - Jak się czuje Frank? - zapytał w końcu, obracając między palcami duży spinacz biurowy. Zachowałem kamienną twarz, choć ledwo powstrzymałem się przed uzewnętrznieniem grymasu. Informacje rozchodziły się szybciej niż sądziłem. Nie podejrzewałem Iero o zwierzanie się Stevenowi, wiec albo po prostu nie znałem bruneta aż tak dobrze, jak mi się zdawało, albo kontekst sytuacji był aż nazbyt wyczuwalny.
- Chyba dobrze - wzruszyłem ramionami. - A jak ma się czuć? - udałem zdziwienie. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, jakby na koniec jezyka już cisnęła mu się kpina, że akurat z nim próbuje tych śmiesznych sztuczek.
- Zadzwonił i powiedział, że ma grypę i nie może przyjść do pracy, więc wiesz… - szepnął z westchnieniem. - Chciałem zapytać, czy się nie odwodnił, czy już mu lepiej, czy może gorzej. Kto inny będzie wiedział lepiej, niż jego facet, tak sobie właśnie pomyślałem - powiedział z przekąsem, bawiąc się spinaczem. Wyginał go w jakiś dziwny sposób, podczas gdy mi nagle zabrakło języka w gębie.

Nie było sensu zaprzeczać, zarzekać się, że nic się nie stało. Przyznać się do winy też mi było głupio, ale zostałem przyparty do ściany. Kogoś i tak musiałem się poradzić. Steven nie był w tym przypadku najlepszą opcją, ale innej nie miałem. Od początku był przeciwny temu, abym w jakikolwiek sposób wiązał się z Frankiem. Do znudzenia powtarzał, że go tylko zranię, a ja do znudzenia mu odpowiadałem, że mam nad wszystkim kontrolę i się zmienię. Mój przyjaciel jak zwykle miał rację, zraniłem Franka - dosłownie i w przenośni zarazem. Wiedziałem też, że nie przyszedł tutaj, aby się ze mnie naśmiewać i wbijać mi szpilki, jakimś a nie mówiłem. Przyszedł mnie wysłuchać, bo wiedział, że poza Iero nie miałem nikogo, komu mogłem tego typu sprawy powiedzieć.

- Zrobiłem coś bardzo głupiego - powiedziałem w końcu. Steven się zaśmiał, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od spinacza.
- Wyobraź sobie, że już zdążyłem się tego domyślić. Nie było to ciężkie, w końcu jesteś skończonym debilem - mruknął ze skupieniem, koncentrując się na tym, aby odpowiednio wykrzywić drut. - Przyszedłem się tylko dowiedzieć, co znów spieprzyłeś i doradzić ci, jak posprzątać to gówno, co żeś naważył.
- Przepraszam - szepnąłem.
- Nie mnie to powinieneś mówić - stwierdził, choć doskonale wiedział, że to on jest prawdziwym adresatem. Nigdy się nie godziliśmy po kłótniach, zawsze czekaliśmy, aż naturalnie rozejdą się one po kościach. Tym razem było inaczej, ponieważ przychodząc tu, pierwszy wyciągnął rękę na zgodę, ale nie w interesie swojego spokoju mentalnego. Schował dumę w kieszeń, bo tego potrzebowałem, dlatego uznałem, że należy mu się jakiś akt skruchy z mojej strony.
- Jestem kretynem - dodałem, siląc się na szczerość.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem - westchnął ciężko, rzucając mi na blat ten swój zasrany spinacz, z którego wygiął małego motylka. - No ulewaj się, bo zaraz zmienię zdanie, jak dalej będziesz się tak mazać - powiedział stanowczo, a ja nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu, który Steven odwzajemnił.


~*~
Przyjaźń mojej mamy z panią Way była dość nietuzinkowa i nie rozumiałem do końca, na czym się opierała. Przez bardzo długi czas tylko ze sobą przebywały, wspólnie zabijając wolne chwile w milczeniu. Później mama Gerarda opowiadała jakieś rzeczy i historie, odnajdując w nowej koleżance wiernego słuchacza. W końcu jednak i taka forma pseudo-komunikacji nie była wystarczajaca. Ostatnio mama mi zdradziła, że pani Way uznała naukę języka migowego za swój priorytet w tym miesiącu, bo nie może dłużej być tak, że tylko ona mówi.

Obie panie bardzo przypadły sobie do gustu, zupełnie nieświadome tego, co działo się między ich synami. Mama Gerarda w ogóle raczej nie wiedziała, co działo się w jego życiu, także poziom nieświadomości tej kobiety wykraczał poza wszelką skalę.

Obserwowałem je z okna w kuchni, jak układały przed domem Wayów ozdoby na Halloween. W zeszłym roku robiłem to Mikeyem, jednak w tym już nie otrzymaliśmy okazji do takiego spotkania. Chłopak od czasu wyjazdu nie dawał znaku życia. Podejrzewałem, że zobaczymy się dopiero święta, jeśli jakimś cudem na siebie przypadkiem wpadniemy. Kiedy pani Way postawiła ostatnią dynię przed domem, wiedziałem, że nasz będzie następny. Zacząłem szybciej przeżuwać kanapkę, ponieważ zawsze po pracach ogrodowych następowała przerwa na zasłużoną kawkę i ciacho, której uczestnikiem już być nie chciałem.

Poderwałem się z miejsca, kiedy usłyszałem dźwięk swojego telefonu. Spojrzałem z przestrachem na ekran. Już rozważałem taką możliwość, że Gerard w końcu do mnie zadzwoni. Nie wiedziałem czy mam wtedy odbierać, czy postarać się zignorować. Stwierdziłem, że to będzie zależne od okoliczności i czasu, w którym taki telefon nastąpi. Postanowiłem, że podejmę decyzję na gorąco.

To jednak nie Gerard do mnie dzwonil. Dzwonił ktoś, kogo bym w życiu o telefon nie podejrzewał, biorąc pod uwagę okoliczności rozstania.
- No halo - powiedziałem niepewnie, trochę po Stevenowsku, jednak naprawde byłem w szoku.
- Cześć Frankie - powitał mnie ciepły głos Steha. - Co słychać?
- Hmmm no nic w sumie - stwierdziłem, nie wiedząc, co powinienem mu odpowiedzieć. Opisywanie całego życia nie miało sensu. - Coś się stało? - zapytałem, podejrzewając, że nie zadzwonił bez wyraźnego powodu, żeby poplotkować o starych, dobrych czasach.
- Tak jakby… - mruknął z wyraźnym zakłopotaniem. - Wiesz, Kevin złamał rękę tydzień temu. Dość poważna sprawa.
- Aha - powiedziałem, dając początek dłuższej ciszy na linii. Co miałem mu odpowiedzieć niby teraz? Że mi przykro? Po co mi to mówił? Westchnąłem ciężko, opierając tył głowy o szafkę z naczyniami. - Jak się czuje?
- Kiepsko - odparł z wyczuwalną troską. - Wiesz, jesteśmy w trasie, także ciężko teraz na szybko znaleźć kogoś na zastępstwo.
- Rozumiem - przyznałem szczerze. Współczułem im i nawet jeśli to było dziwne, że akurat do mnie zadzwonił, żeby się pożalić, to usiłowałem to zrozumieć. Może nie miał nikogo bardziej adekwatnego do sytuacji pod ręką. - Będziecie odwoływać teraz występy, czy jeszcze kogoś na upartego szukacie?
- Wiesz… no szukamy - mruknął niepewnie. - Frank? - zapytał w końcu, a do mnie już w pełni dotarło, po co dzwonił. Przymknąłem mocno powieki, modląc się, aby nie wypowiadał tych słów, które wypowiedzieć zamierzał. - Jest taka prośba od zespołu, no wiesz…
- Wiem - powiedziałem, kończąc jego męki po drugiej stronie słuchawki. Szedłem o zakład, że przegrał ten telefon w kamień, papier, nożyce.
- Boże, nawet nie wiesz, jak mi głupio cię o to prosić - jęknął z prawdziwym zażenowaniem.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, jak dawno nie miałem gitary w ręku? - zapytałem.
- Od jutra zajeżdżamy do Nowego Jorku, poćwiczyłbyś z nami - zapewnił ochoczo, doskonale wiedząc, że nie powiem mu nie.
- A kiedy to w ogóle jest? - mruknąłem, kołysząc na przemian nogami w powietrzu.
- No to jest ten drugi problem…
- W Halloween - wyręczyłem go, stwierdzając ten fakt zupełnie spokojnie.
- Przepraszam cię strasznie, czuję się jak ostatni dupek, ale naprawdę jesteś ostatnią deską ratunku.
- Nie no, nie przejmuj się - uśmiechnąłem pod nosem, wyglądając przez okno na zachodzące słońce odbijające się w źdźbłach trawnika Wayów. - Nie żebym i tak miał jakieś wybuchowe plany na świętowanie tego dnia.
- Zrobimy ci najlepszą imprezę urodzinową, zobaczysz - zaśmiał się.
- Super - powiedziałem bez cienia entuzjazmu.


~*~
Od naszej kłótni minął już tydzień i podczas tego tygodnia ani razu nie widziałem Franka nawet przypadkiem. Z tego, co wiedziałem od Stevena, chłopak był już normalnie w pracy, jednak zupełnie nie miałem pretekstu, aby zejść do piwnicy, z której Iero nie wychodził. Wstyd było to przyznać, ale odrobinę odchodziłem od zmysłów. Wkurzało mnie, że nie wiedziałam zupełnie, co się u niego dzieje. Już nawet Isabelle więcej wiedziała, bo wygadała się, że byli w kinie na jakimś nowym filmie o łyżwiarstwie figurowym. Więcej jednak nie zamierzała powiedzieć. Nawet poszła o krok dalej. Kiedy mijała mnie w drodze do łazienki, uśmiechnęła się z wyższością i wyszeptała: trochę się pomęczysz, to docenisz, po czym poklepała mnie zuchwale po ramieniu i zostawiła w tyle. Do tej kobiety to już w ogóle nie miałem siły. Przez jej ciągłe docinki i złośliwe teksty i komentarze, zacząłem się zastanawiać, czy lepszym rozwiązaniem nie będzie nocowanie na kanapie w pracy.

W końcu jednak dostałem taki pretekst. W środę przyszedł do mnie Marco, chcąc omówić parę spraw związanych ze schyłkiem pobytu Zayna u nas firmie. Suskinda z kolei sam unikałem dla zasady i liczyłem, że do końca tej dziwnej wizyty ekipy z Edmonton, juz nie bedzie nam na siebie dane wpaść.

- Jakbyś miał jeszcze chwilę, to mam prośbę - zagadnął, wstając z fotela, gdy zbierał się do wyjścia. - To nie jest nic pilnego, więc nie wymagam, żebyś się spieszył. W każdym razie Steven ma gdzieś pochowane w tych swoich lochach plany budynku, w którym będzie się odbywała licytacja dziewczyn. Prośba ode mnie jest taka, żebyś skoczył do niego jakoś na dniach i mi to podrzucił do gabinetu w wolnej sekundzie.

Kiedy Perez wyszedł, odczekałem stosowne dwie minuty, które zajmuje dotarcie z mojego gabinetu do jego gabinetu. Po tych dwóch minutach wstałem i w pośpiechu ruszyłem w stronę piwnicy. Po co odkładać na później coś, co można zrobić teraz, prawda? Uśmiechnąłem się pod nosem z własnej przebiegłości. Zachowywałem się trochę jak dziecko, ale nic mnie bardziej nie wykańczało niż te ciche dni między mną i Iero.

Wszedłem do piwnicy w gruncie rzeczy niepostrzeżenie. Nie było o to trudno, biorąc pod uwagę, że muzyka, jak zwykle była tak głośno, że rozsadzało ściany. Zastał mnie jednak widok tak niedorzeczny, że aż śmieszny. Otóż sufit w piwnicy był naprawdę wysoko. Umożliwiło to upychanie tylu rzeczy na szafach, ile tylko dusza zapragnęła. Mimo wszystko upychanie to jedna sprawa, a późniejsze ściągnie, to juz zupelnie inna kwestia. Kiedy ktoś z dołu chciał drabinę, musiał iść do góry i pożyczać ją z restauracji, a dokładniej iść na jej tyły i przywlec z przybudówki znajdującej się na zewnętrz. Każdy leniwy, szanujący się mężczyzna, wymyśla konstrukcje po stokroć bardziej skomplikowane i bardziej czasochłonne od przejścia tych kilku pięter na powierzchnię, tylko i wyłącznie w imię głupiej zasady nieopuszczania pomieszczania.

Przy ogromnej szafie w głębi pomieszczenia ujrzałem ludzką budowlę, stworzoną ze Stevena stojącego na szerokim stołku oraz Franka siedzącego na ramionach Stevena. Nie miałem pojęcia czy gra była warta świeczki, ale na pewno nie wyglądało to ani trochę bezpiecznie. Patrzyłem na nich z podziwem, śledząc wzrokiem trasę spadających raz po raz na ziemię, zakurzonych teczek. Podszedłem powoli do laptopa i wyłączyłem muzykę. W pomieszczeniu zapanowała dzwoniąca w uszach cisza.

- Jezus, nie ruszaj się, bo mnie zabijesz - zaśmiał się nagle Frank, kiedy Steven zakołysał się na stołku, chcąc wykonać obrót do tyłu. Złapał mocniej Iero za uda, dając mu tym samym złudne poczucie bezpieczeństwa.
- Jezus, nie ruszam się, bo cię zabije - zażartował prześmiewczo.
- Debil - odgryzł się brunet, zerkając na mnie przez ramię. Jedną ręką nadal trzymał się krawędzi szafy. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, jego mina zrzedła. Westchnął ciężko, spuszczając wzrok. - Gerard przyszedł - wyjaśnił cicho Stevenowi, jednak już nawet bez cienia wcześniejszej wesołości.
- Po co? - zapytał głupio, jakby mnie tu nie było.
- Skąd mam wiedzieć, zapytaj go.
- A ty nie możesz zapytać?
- Nie zaczynaj znowu.
- Zostawiłeś jaja na tej szafie?
- Jesteś beznadziejny, wiesz?
- Spojrzałbyś na siebie, kurduplu.
- Postaw mnie na ziemię, kretynie.

Stałem sobie z boku, słuchając tej wymiany zdań z bliżej nieokreślonym wyrazem twarzy. Czułem się trochę nie na miejscu. Żałowałem poniekąd, że tu przyszedłem, bo najwyraźniej na żadną rozmowę z Frankiem tak czy siak liczyć nie mogłem. Chłopak nie był chyba jeszcze gotowy, a ja sam przez ten cały czas nie wymyśliłem stosownego schematu przeprosin.

Kiedy podszedł bliżej, zauważyłem, że rana na jego policzku powoli zaczynała się goić i chyba mimo wszystko nie planowała zostawić po sobie trwałego śladu w postaci blizny. Siniaki na przedramionach bruneta też podchodziły pod silnie żółtą barwę, dając nadzieję, że niedługo przynajmniej te fizyczne oznaki naszej kłótni odejdą w zapomnienie.

- Czego potrzebujesz? - zapytał, krzyżując ramiona na klatce piersiowej, aby uchronić się przed moim czujnym wzrokiem. Sam z resztą przyglądał mi się uważnie, jakby chciał ocenić, jak sobie radzę w życiu bez jego permanentnego wsparcia. W bursztynowych oczach Franka zaświeciło przez moment zaniepokojenie, ale szybko się z tym opanował, na powrót mierząc mnie czujnym, fałszywie zdystansowanym spojrzeniem.
- Planów budynku tych całych… targów - powiedziałem z niesmakiem. Iero pokiwał głową, mijając mnie bez słowa. Posłałem Stevenowi zmieszane spojrzenie, a ten tylko przewrócił oczami i machnął ręką, dając mi znać, że mam iść za brunetem. Tak też zrobiłem, choć nie do końca miałem pewność, że to dobra decyzja. Zatrzymaliśmy się przy szeregu pancernych szafek. Chłopak stanął na palcach, ściągając z góry długą tubę w kartonowym opakowaniu. - Jak duży jest ten obiekt? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Bardzo duży - powiedział Frank, uśmiechając się pod nosem. - Proszę - mruknął, podając mi opakowanie.
- Dzięki - odparłem niepewnie, zastanawiając się, czy na pewno nie ma nic, nawet głupiego, co pozwoliłoby mi jeszcze podtrzymać tę rozmowę, której naturalnie byłem mistrzem. - Postaram się nie zgubić - zażartowałem raczej słabo, nie licząc, że jakkolwiek go tym rozbawię. I nie rozbawiłem.
- Nie zgubisz się - zapewnił spokojnie, patrząc mi nieśmiało w oczy. - Też tam z wami jadę - dodał po chwili.
- Fajnie - szepnąłem, rozpoczynając jedna z tych durnych gadek na przeciągnięcie rozmowy. Powinienem teraz zapytać czy lubi chleb.
- To do zobaczenia później, Gerard - pożegnał mnie, kończąc tę męki pełne wiszących w powietrzu słów, które być może kiedyś zostaną wypowiedziane. Lecz jeszcze nie teraz.
- No tak - westchnąłem ciężko, spuszczając wzrok. Nie wiem, na co właściwie liczyłem. Chyba na cud albo gwiazdkę z nieba. - Do zobaczenia - odpowiedziałem ponuro, po czym udałem się do wyjścia.


~*~

- W ogóle nie czuć, że tak długo nie grałeś - zapewnił mnie Seth z ciepłym, wspierającym uśmiechem.
- To dobrze - odetchnąłem z ulgą. Nie chciałem się zbłaźnić przed tłumem ludzi. Teraz, jak siedzieliśmy sobie w piwnicy chłopaka i brzdąkaliśmy, to nic takiego jak trema jeszcze nie zdążyło mnie dosięgnąć. Nie mogłem nikomu obiecać, że za te kilka dni nie umrę ze stresu przed koncertem.
- Co ci się stało w policzek? - zapytał w końcu. Podniosłem odruchowo rękę i dotknąłem dawno już zasklepionej rany. Wydawało mi się, jakbym zupełnie o niej zapomniał lub bardzo zapomnieć po prostu chciałem.
- Wiesz co, to w ogóle była bardzo dziwna sprawa - powiedziałem z uśmiechem, który z miejsca mógł mu powiedzieć, że czas na historię wymyśloną na szybko. - Upuściłem szklankę i roztrzaskała się z takim impetem, że jeden z jej kawałków dotarł do mojej twarzy - rozłożyłem bezradnie ręce na bok, aby podkreślić własne zdumienie.
- Brawo - stwierdził z udawanym podziwem. - To zabrzmiało bardzo wiarygodnie.
- No wiem - zaśmiałem się, spuszczając jednak wzrok na struny gitary.
- A jak ze szkołą? - zmienił temat.
- Jak zrobię frekwencję, to przepiszą mi oceny - powiedziałem spokojnie. - Także spoko.
- Przynajmniej tyle - przyznał z delikatnym entuzjazmem, jakby chciał jednak mi zasugerować, że będzie pilnował, abym tym razem niczego nie spieprzył. - Coś dalej planujesz? - zapytał, zaczynając cicho grać jakąś spokojną melodię.
- A co ja mogę planować, Seth? - uśmiechnąłem się łagodnie, nawiązując z chłopakiem kontakt wzrokowy. Blondyn westchnął tylko ciężko, kiwając głową w zrozumieniu.


~*~
Siedziałem u Stevena, kręcąc się na krześle, jakby to miało jakkolwiek rozwiązać moje problemy. Jedna rozmowa na tydzień to była nasza średnia. Z widywaniem się i mijaniem bylo juz troche lepiej, ale nie na tyle, abym przestał się tym martwić. Odnosiłem wrażenie, że powoli przyzwyczajamy się do swojej wzajemnej nieobecności w życiu tego drugiego, a to raczej nie był dobry znak.

- Dlaczego właściwie dzisiaj go nie ma? - zapytałem w zadumie, patrząc w sufit.
- Powiedział, że chce spędzić urodziny z matką - Steven westchnął ciężko, przeglądając na laptopie zdjęcia wiosennych krajobrazów. Nadchodząca zima dzisiaj wyraźnie dawała mu się we znaki.
- Dobry syn - przyznałem. - Nie wiem, kiedy ostatni raz byłem na urodziny swojej mamy w domu.
- On ma dzisiaj urodziny, debilu - powiedział nagle mój przyjaciel, patrząc na mnie z niedowierzaniem. - Nic dziwnego, że cię zostawił. Jesteś beznadziejny. Jakbyś tak się tak mną interesował, to bez wahania kopnąłbym cię w dupe - stwierdził krytycznie, posyłając mi oburzone spojrzenie. - Seth jest w mieście. Może powinieneś podbić do niego po instrukcję obsługi byłego chłopaka - zażartował, chcąc mi dopiec. I tym razem akurat mu się udało. Temat Setha zawsze mnie bolał. Uświadamiał mi, że w ogóle na Franka nie zasługuje, bo jemu jest właśnie potrzebny taki dobry chłopak jak blondyn.
- Ty to umiesz wbić szpilkę tak, żeby zabolało, co? - zapytałem kąśliwie. - Wiem, że jest w mieście - westchnąłem ciężko. - Izzy chciała mnie znów zaciągnąć na ich koncert, ale już się dość ich naogladalem - dodałem z niesmakiem.
- To nie wiem, czy się orientujesz, ale Frank dzisiaj z nimi gra - mruknął niby od niechcenia, ale jednak sprzedając mi dość istotną informację. Nie wiedziałem tylko, jak mam ją dobrze wykorzystać.


- Wpuszczamy tylko z przebraniem - poinformował mnie bramkarz przy wejściu. Nie zamierzałem wdawac się z nim w zbędna dyskusję, wiec wcisnalem mu banknot do kieszeni i wszedłem do środka bez czekania na pozwolenie. Daleko jednak nie dotarłem, ponieważ zastały mnie takie tłumy, o jakich ten klub chyba nigdy nawet nie marzył. Sala i balkony były wypchane po brzegi dziwakami w najróżniejszych kreacjach, a na scenie szalało jakieś stado wampirów w swojej ostatniej tego wieczoru piosence. Rzuciłem tęskne spojrzenie w stronę baru. Wiedziałem jednak, że dzisiaj powinienem sobie dać spokój. Chciałem być trzeźwy i w pełni wszystkiego świadomy.

Kiedy scena opustoszała, miałem nadzieję, że przynajmniej przez chwilę będzie cicho, jednak ostro się przeliczyłem. Szum rozmów rósł stopniowo z minuty na minutę, sprawiając wrażenie nawet głośniejszego niż sama muzyka. Obserwowałem z boku ludzi, którzy byli wstawieni i zjarani do tego stopnia, że oblewali innych piwem, a oblewanym nawet to nie przeszkadzało, a może nawet tego nie zauważali. Śmiali się głośno i rubasznie, dając upust całej swojej sprośności i wyuzdaniu. Doszedłem do wniosku, że brzydzi mnie ten tłum i brzydzą mnie ci spoceniu ludzie zamknięci w dusznym pomieszczeniu.

W końcu zza prowizorycznego parawanu wyszło dwóch chłopaków z zespołu, na którego pojawienie się czekałem. Kojarzyłem ich tylko z widzenia, ale wystarczająco, aby rozpoznać. Ani Franka, ani Setha nigdzie nie widziałem. Rozmowy zagłuszył gwar gitar i próba perkusji. Tłum zaczął wrzeszczeć, choć pewnie nawet zespołu nie znał. Wydawało mi się, że mogło dziać się na tym podwyższeniu dosłownie cokolwiek, a ludzie i tak byliby zadowoleni, taki stan upojenia osiągnęli. Po kilku minutach na scenę wszedł Seth, a za nim uwalony jakąś jasną masą Iero.

- Witamy Nowy Jork - przywitał się spokojnym głosem wokalista, majstrując coś przy gitarze. - W zastępstwie za Kevina, zagra dzisiaj z nami Frank, solenizant tej Halloweenowej nocy. Prosimy dla niego o głośne brawa - powiedział z uśmiechem na ustach, spoglądając z kpiną na Iero, który wycierał resztki tortu z koszulki oraz włosów. Chłopcy wymienili się środkowymi palcami, a sala zareagowała wrzaskiem. Brunet przymrużył oczy w odpowiedzi, patrząc nieśmiało na tłum. - Kolega nieobyty ze sceną, trzeba mu to wybaczyć - dodał po chwili, zaskarbiając sobie śmiech publiczności. Frank tylko pokręcił głową na boki i przewiesił przez ramię gitarę, odwracając się do ludzi plecami. - To zaczynamy.

Weszli naprawdę ostro. Nie wiedziałem czy mi się to podobało czy nie. Znawcą muzyki nie byłem. Ale tłum oszalał. Ludzie skakali, tratowali się i zarzucali głowami. Mnie z kolei obchodziła tylko jedna osoba w tym pomieszczeniu i byłem w szoku.

Frank jest raczej spokojną osobą. To ten typ osobowości, który nie chce dla nikogo źle, nie chce nikogo urazic i woli siedzieć cicho niż być w centrum uwagi. Dlatego w ogóle nie podejrzewałem, że na scenie zachowa się… inaczej. W oka mgnieniu Iero zamienił się ze spokojnego chłopaka w wulkan energii. Wszędzie było go pełno, jakby punk wyzwalał w nim te strone, ktorej nigdy nie pokazywał. Przynajmniej ja tej strony nie znałem. Wpatrywałem się w niego z dziwnym wrażeniem, że jeszcze tak wielu rzeczy o nim nie wiedziałem… Trochę wstyd.

Grali bez jakiś większych przerw. Dopiero, kiedy byli tak spoceni, że aż z nich kapało, zrobili małą pauzę. Seth podszedł do Franka z ręcznikiem i owinął mu ten ręcznik dokoła twarzy, imitując akt duszenia. Oboje strasznie dyszeli, a gitary zwisały im bezwładnie na wysokości bioder. Wymienili między sobą parę słów i na powrót rozeszli się na dwa przeciwne krańce sceny. Perkusista w końcu zszedł ze sceny, wracając z dwoma barowymi stołkami, które ustawił na środku sceny. Sam podszedł do Setha z uśmiechem na ustach, opowiedział jakiś żart, albo uczynił głupią uwagę, bo obydwoje zaśmiali się, po czym usiedli pod ścianą. Frank zamienił gitarę na akustyczną i usadowił się razem ze swoim kolegą na krzesłach.

- Przyszedł czas na coś spokojnego - wokalista szepnął do mikrofonu tak, jakby przed sekundą wcale nie darł mordy, bo inaczej tego nazwać nie umiałem. - I jak waszym zdaniem Frank radzi sobie jako gitarzysta? - zapytał z uśmiechem, obracając się powoli na krześle to w prawo, to w lewo. Tłum wydał z siebie entuzjastyczny okrzyk, a zaraz po nim rozległ się kobiecy wrzask, sygnalizujący chyba radość. Frank podniósł zmieszany wzrok znad gitary, która stroił raczej na wyczucie i przebiegł nieco spłoszonym wzrokiem po sali. Nagle nieopodal mnie na okrzyk kobiecy prześmiewczo odpowiedział okrzyk męski i cała sala się zaśmiała. - Tak, ja też już od lat jestem wielkim fanem jego urody - westchnął wokalista żartobliwie, obniżając brunetowi mikrofon. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Ci panowie to prawdziwi mistrzowie ukrytych aluzji - stwierdził Iero, na nowo podrywając tłum do śmiechu.
- Znacie zespół 10 years? - padło w końcu pytanie. Publiczność odpowiedziała wrzaskiem. - So long, goodbye - wyszeptał, kiwając Frankowi głową na znak, że może zaczynać.

Klub na raz wypełniły spokojne, melodyjne dźwięki, które zapowiadały smutny kawałek, do którego można się pobujać. W końcu do gitary dołączył wokal, a ludzie tradycyjnie postanowili migrować, aby dostać się do baru po zimnego browara. Frank oderwał wzrok od strun i zaczął spokojnym wzrokiem omiatać tłum. W końcu zawiesił się w jednym punkcie, jakby jakaś nagła myśl wprowadziła go w trans zadumania. Zajęło mi chwilę, aby sobie uzmysłowić, że to ja byłem obiektem, na który się zapatrzył. Uśmiechnąłem się niepewnie, wzruszając ramionami, jakbym chciał mu przekazać, że nic nie poradze na to, że mnie tu ściągnął. Chłopak pokręcił głową w niedowierzaniu, odwzajemniając uśmiech. Może i byłem niemożliwy, może wyglądałem na desperata i nie szanowałem tego, że brunet nie chciał mnie widzieć. Mimo wszystko nie wyglądał na śmiertelnie urażonego tym faktem, także uznałem to za swój osobisty sukces.


~*~
- Nie wiedziałem, że grasz na gitarze - powiedział mrukliwie, dotrzymujac mi kroku.
- Nigdy nie pytałeś - odpowiedziałem cicho.

Szliśmy powoli w stronę parkingu, raczej milcząc niż rozmawiając. Gerard był ostatnią osobą, którą spodziewałem się dzisiaj tutaj zobaczyć. Życie jednak potrafi zaskakiwać.

Way niósł jedną gitarę, ja niosłem drugą. Ciszę między nami przerywały odgłosy butów szurajacych po asfalcie. Nie czułem się niezręcznie, choć chyba powinienem… Nie odzywaliśmy się do siebie od niemal dwóch tygodni. To bardzo dużo czasu. Z jednej strony za dużo, a z drugiej zbyt mało, aby w pełni się ze wszystkim pogodzić. Nie chciałem się dłużej kłócić, nie chciałem boczyć i udawać, że się nie znamy. Chciałem go z powrotem przy sobie.

Droga powrotna z klubu też minęła nam w milczeniu - co prawda całkiem przyjemnym, lecz nadal pozostawiającym wiele do życzenia. Zastanawiałem się, jak długo to jeszcze potrwa, ta dziwna sytuacja. Kiedy oboje dojdziemy do wniosku, że czas zagoił powstałe niedawno rany.

- Frank… - zaczął niepewnie, kiedy w końcu dojechaliśmy na miejsce, jakby chciał poruszyć ciężki temat, ale nie byl do konca w stanie. W końcu westchnął ciężko, opierając dłonie na udach.
- Wiesz… jak będziesz chciał naprawdę porozmawiać, to po prostu przyjdź - powiedziałem. - Póki co chyba nie jesteś jeszcze gotowy - zauważyłem.
- Ja… - mruknął, wyglądając przez okno. - Chciałbym, żeby było między nami normalnie. Tylko tyle.
- Normalnie - zaśmiałem się, spoglądając na niego z niedowierzaniem. - Chyba nie mówisz wtedy o nas - zażartowałem.
- No tak - przyznał mi rację. - W sumie masz słuszność.
- Daj sobie jeszcze czas - odezwałem się po dłuższej chwili ciszy już zupełnie poważnie. - Ja nigdzie nie uciekam.
- Na pewno? - zapytał z powątpiewaniem.
- Na pewno - powiedziałem, walcząc ze sobą z całych sił, aby w jakiś sposób go czasami nie dotknąć.
- No dobra - zgodził się niechętnie, po czym położył na moich kolanach kartkę zgiętą na cztery części. - Wszystkiego najlepszego - szepnął.


~.~