czwartek, 2 listopada 2017

Take Care od My Soul

20


Carl był dla mnie symbolem upadku. Małym człowiekiem, który się poniżył bóg wie w jakim celu, w imię jakiego ideału. Nie żywiłem wobec niego żadnych uczuć. Jawił mi się jako obiekt całkiem neutralny.
Patrzyłem właśnie na człowieka, z którym niegdyś pracowałem. Był to dawny kolega, z którym swego czasu tworzyłem pozornie miłe sytuacje, jakie mogę obecnie nazywać wspomnieniami.
Parzyłem na Carla ze świadomością, że dni lub nawet godziny jego życia są już policzone. Dlaczego zatem niczego nie czułem? Chciałem w swoim sercu wyodrębnić chociaż jedną najmniejsza emocję związaną z tym mężczyzną, jednak nie byłem w stanie. Każda podobna próba odbijała się od ściany obojętności.
Carl siedział w salce do przesłuchań, którą bardzo dobrze znał. Jednak raczej wtedy nie mógł przewidzieć, że to on stanie się ofiarą, a jego oprawcą ktoś całkiem inny. Takie śmieszne zwroty akcji chyba można nazwać ironią losu.
Chłopak został przykuty do stolika kajdankami. Nie istniała dla niego żadna opcja ucieczki. Steven obwiązał jego głowę także grubą szmatą, kneblującą usta, żeby nie odgryzł sobie języka. Samobójstwo także nie wchodziło w grę. Carl najzwyczajniej w świecie czekał na egzekucję.
– Tyle lat poszukiwań – westchnął nagle Marco, kiedy skończył upajać się chwilą własnego triumfu. Zaskakująco automatycznie przypisał sobie wszelkie zasługi ostatnich miesięcy, ignorując podmioty wykonujące brudną robotę. - I w końcu go mam – szepnął.
– Co z nim teraz zrobisz? – zapytałem spokojnie.
– Jeszcze nie wiem – odparł lekko z uśmiechem na ustach. - Jestem zbyt szczęśliwy, że powód mojej udręki siedzi teraz na wyciągnięcie ręki, aby decydować o jego dalszym, marnym losie dosłownie w tej sekundzie. Pokiwałem powoli głową, dając mu znać, że w pełni rozumiem targające nim emocje. Nie rozumiałem. Jednak tylko taka odpowiedź była prawidłowa. Tylko taka przemawiała do Pereza. Żadna inna się nie liczyła. – Jak się czujesz, Gerardzie? – zapytał nagle, przerywając dłuższą ciszę, która między nami zapadła.
– W związku z tą sprawą? – mruknąłem, oddając tym samym świadomy pusty strzał.
– W związku ze swoim życiem – sprecyzował spokojnie.
– Chyba w porządku – odparłem ze wzruszeniem ramion. Nie miałem zbytniej ochoty rozmawiać z nim o moim prywatnym życiu i egzystencjalnych rozterkach.
– Nadal czekam na to, aż wyjaśnisz mi, co takiego właściwie stało się w Edmonton.
– Ale ja nie chcę o tym rozmawiać – zaprzeczyłem kategorycznie. Dziwiło mnie, że nadal do niego nic w tej kwestii nie dotarło. Przez te wszystkie lata powinien się nauczyć, że mojego nie się w żaden sposób nie podważa. To stosunkowo kategoryczne stwierdzenie, jeśli pada z moich ust.
– W końcu będziesz musiał, jeśli chcesz, żebym jakoś aktywnie nie wplatał cię w plany przyjęcia Zayna do nas za miesiąc – powiedział niby spontanicznie, zawierając tak samo spontaniczne już wszystkie szczegóły tej transakcji w jednym zdaniu. Przez chwilę miałem wrażenie, jakby moje serce pominęło parę ważnych uderzeń niezbędnych do jego funkcjonowania. Zachowałem jednak zewnętrznie pozorny spokój, cały się w środku trzęsąc. Nie rozumiałem. Dlaczego?
– Czego oni tutaj chcą? – zapytałem gniewnie, dając Perezowi do zrozumienia, że Suskind dla mnie tutaj jest intruzem.
– To z założenia była wymiana, Gerard – wytłumaczył swobodnie, machając dłońmi celem obrazowego wyjaśnienia tej relacji. - Działa na tych samych zasadach jak szkolna. My pół roku tam, oni pół roku tu.
Szkolna wymiana.
Brzmiało wspaniale.

Zajechałem niespiesznie na podziemny parking, nadal mając przed oczami latające ręce Marco. Nie wyobrażałam sobie tego. Przez moment czułem, że od tego uciekłem. Że wyrwałem się prosto z piekła, dostając od życia drugą szansę na lepsze pokierowanie własnym życiem. Tymczasem okazało się, że upiorny cyrk postanowił zawitać do mojego miasta, a ja byłem zmuszony uczestniczyć w tym całym potwornym przedstawieniu.
Zerknąłem niepewnie na śpiącego Franka. Niepokoiła mnie wizja potencjalnego spotkania się Iero i Zayna. Gdybym nie opowiedział Suskindowi o brunecie, moje życie w Edmonton mogło nie skończyć się tak tragicznie. Ten koszmar zaczął się właśnie od tego, że ujawniłem swój cel wizyty, którym była ucieczka. Do tej pory nie miałem pojęcia czy zachowanie Zayna było wynikiem zranionej dumy, świadomości obecności tej trzeciej osoby, a może chłopak był najzwyczajniej w świecie szurnięty i to wszystko i tak by się w końcu wydarzyło. Przeszłości już nie dało się zmienić i za wszelką cenę pragnąłem dać jej odejść w zapomnienie. Szkoda tylko, że ona sama raczej miała inne plany.
Steven miał rację. Musiałem się w końcu wziąć w garść. Jeśli chciałem zatrzymać przy sobie Franka, powinienem zacząć coś robić ze swoim życiem. Czas najwyższy wrócić do regularnego przyjmowania leków, pójścia na jedną czy kilka wizyt do psychiatry. Chciałem się zmienić, wynormalnieć. Tym razem już nawet nie chodziło mi o mnie samego, o jakiś powrót na łono społeczeństwa czy zrobienie z siebie przebojowej duszy towarzystwa.
Mojej zmiany potrzebował Iero.
Mojej zmiany potrzebowała nasza relacja.
Mojej zmiany potrzebowała nasza potencjalna wspólna przyszłość.
Jedyną przeszkodą jak zwykle był Marco, który ciągle węszył, ciągle szukał dziury w całym. A nie mógł się dowiedzieć, że mnie i Franka cokolwiek łączy. Wściekłby się i pozbył albo jego, albo nas obojga.

~*~


Obudziłem się otoczony zapachem Gerarda. Był dosłownie wszędzie i ani trochę mi to nie przeszkadzało. Uznawałem podobny poranek za naprawdę dobry początek dnia. Podejrzewałem, że zasnąłem wczoraj w aucie jak kamień i nijak nie dało się mnie wybudzić.
Poznałem dość szybko specyficzną sypialnie Gerarda, którą mijałem nieraz w drodze do toalety, kiedy odwiedzałem Izzy. Nie sądziłem wtedy, że pewnego dnia najzwyczajniej się w niej obudzę. To było bardzo miłe uczucie. Uczucie, jakby coś w życiu ułożyło mi się pierwszy raz od bardzo dawna.
Wygramoliłem się powoli z łożka, słysząc obecność innych osób gdzieś w oddali. Przeczesałem szybko włosy palcami i poprawiłem przekrzywioną bluzę, po czym zszedłem po trzech małych schodkach wprost do kuchni. Gerard stał do mnie plecami i wnioskując po jego ubiorze oraz roztrzepanych włosach, to sam wcale nie zbudził się jakoś dawno temu. Isabelle siedziała tuż przy nim na kuchennym blacie, przyglądając się, jak czarnowłosy układa jakieś tabletki w kupki.
- Cześć - przywitałem się zaspanym głosem, uśmiechając pod nosem. Oboje spojrzeli na mnie niemal w tym samym czasie, robiąc całkiem podobne miny. Miałem ochotę zaśmiać się w duchu. Już na pierwszy rzut oka każdy mógł dostrzec, że znają się od wielu lat. Wyglądali jak rodzeństwo, które zostało przyłapane na gorącym uczynku.
- Hej - odpowiedzieli równocześnie. Gerard zaczął powoli wkładać do pudełka to, co liczyli. Robił to spokojnie i pozornie bez pośpiechu, ale miałem wrażenie, że najchętniej wrzuciłby to wszystko na raz i zatrzasnął gdzieś głęboko w szafie. Dlatego tak mnie zaintrygowało.
- Co to jest? - zapytałem, podchodząc bliżej.
- Tabletki… na serce - stwierdził z ociąganiem. Posłałem mu zdumione spojrzenie.
- Masz problemy z sercem?
- Drobne - wzruszył ramionami. - To nie jest nic poważnego w zasadzie - zapewnił, kładąc mi rękę na biodrze. - Nie warto sobie tym zawracać głowy - wyszeptał i lekko pocałował mnie w czoło.
- Skoro tak uważasz - wymamrotałem. Nie byłem do końca przekonany czy mówi mi prawdę, czy może wciska kolejny kit, ale raczej nie miałem innego wyboru jak zaakceptować taką odpowiedź. Nie mogłem jej w żaden sposób zweryfikować. - Dobra… - westchnąłem. - Nie będę wam dłużej przeszkadzał i chyba się już ulotnię.
- Zjedz chociaż śniadanie - powiedział Gerard, którego ton wskazywał na to, że nie chce słyszeć odmowy. Musiałem go jednak rozczarować. Nie czułem się dobrze stojąc tak pomiędzy nim i Izzy. Wydawało mi się, że mają sobie do powiedzenia parę rzeczy, których treści nie mogę poznać. To nie było moje mieszkanie, wolałem już pójść do domu i dać im trochę swobody.
- Gerard ma rację - dodała dziewczyna. - Przecież dopiero co wstałeś.
- Muszę kiedyś pokazać się swojej matce na oczy - zaśmiałam się, odrobinę  skrępowany tym nagłym zainteresowaniem. - I tak już zająłem wam łóżko.
- Nie ma sprawy, wróciłam jakąś godzinę temu dopiero - stwierdziła Izzy, zeskakując na ziemię. - W końcu coś się tutaj dzieje - zażartowała, wyciągając z lodówki puszkę pepsi.
- Nie, serio, już czas mnie - powiedziałem stanowczo. Gerard westchnął ciężko, przewracając oczami. Objął mnie delikatnie ramieniem.
- To chodź, mały buntowniku - poddał się z niezadowoleniem wymalowanym na twarzy. - Odprowadzę cię na dół do samochodu.
- Nie będziesz go rano potrzebował? - zdziwiłem się.
- Oczywiście, że będę - przyznał bezwstydnie. - Dlatego będziesz musiał po mnie przyjechać.

~*~


– A wy skąd niby się tak dobrze znacie? - zapytałem Isabelle, przekraczając próg mieszkania. Zażyłość jej i Franka wydawała się co najmniej podejrzana. Dziewczyna spojrzała na mnie ze złością.
– Nie ma cię pół roku, to i wiele rzeczy się zmienia – stwierdziła z przekąsem. – Nie licz, że wrócisz nagle z dupy i wszystko zastaniesz takim, jakie zostawiłeś. - pokręciła głową na boki, mijając mnie z wysoko podniesionym podbródkiem. Złapałem ją odruchowo za rękę.
– Pytam poważnie - mruknąłem grobowo. Żadna scena obrażania się na mnie nie działała.
– Nie ruchałam się z nim, jeśli o to ci chodzi – warknęła, wyrywając się z mojego uścisku mocnym szarpnięciem. Przewróciłem oczami. Jak zawsze musiała wszytsko sprowadzić do najprymitywniejszego poziomu. – Zostawiłeś go bez uprzedzenia tak samo jak i mnie - dodała z wyrzutem.
– On miał chłopaka, Izzy - powiedziałem zmęczonym głosem. Wspomnienie Setha to jedno z najgorszych, jakie mogłem teraz do siebie przywołać. Ten zasrany blondyn zdawał się nie odpuszczać nawet po swoim wyjeździe. Chyba jego przeznaczeniem było prześladowanie moich myśli.
– Co najwyraźniej wcale nie przeszkadzało mu tu zachodzić przynajmniej raz w tygodniu i pytać, czy ktoś taki jak pieprzony Gerard Way raczył łaskawie dać znać, czy w ogóle żyje - wyrzuciła z siebie na jednym oddechu, odbierając mi swoimi słowami możliwość użycia jakiegokolwiek argumentu. Byłem jebanym egoistą. Wiedziałem o tym. A ona wiedziała, że nie lubiłam o tym słuchać. – Jesteście razem? - zapytała po chwili ciszy.
– Chyba tak… - szepnąłem, spuszczając wzrok.
- Kochasz go?
– Dlaczego pytasz, skoro wiesz, że nie mam pojęcia! - zirytowałem się, posyłając jej rozgniewane spojrzenie. - To nie jest dla mnie takie proste.
– Bo on prędzej czy później zada ci te same pytania, Gerard - powiedziała całkiem poważnie, trafiając w samo sedno moich narastających obaw. Doskonale o tym wiedziałem. Póki co Frank w ciszy akceptował moje chłodne, nielogiczne, bipolarne zachowanie. Jednak to nie mogło trwać w nieskończoność. - I co mu wtedy odpowiesz? - kontynuowała. - Że nie wiesz? - zaśmiała się z niedowierzaniem. - Przykro mi Frank, ale po pieprzeniu cię przez trzy miesiące nadal nie wiem, czy cię kocham, bo jestem pojebany i odczuwam żadnych emocji? A może wymigasz się tabletkami na serce, które tak właściwie chyba nie jest ci potrzebne, skoro i tak nie robisz nic, żeby w końcu zaczęło normalnie działać?
– O co ci kurwa teraz chodzi, że się na mnie wyżywasz?
– Bo go naprawdę polubiłam - odpowiedziała z rozbrajającą szczerością. - Tak bardzo przypomina mnie jeszcze kilka lat temu. Jest zupełnie uroczy i niewinny i tak bardzo zaangażowany w najwyraźniej jednostronną relację. Rób co chcesz, Gerard, ale jak zeszmacisz go tak samo jak Marco zeszmacił mnie, to odetnę ci kutasa i przybije go tobie do czoła. To, że masz ostro na bani nie jest w tym momencie żadnym usprawiedliwieniem.

~*~


Spoglądałem niepewnie raz na plecy mojej mamy, a raz na spokojną twarz Teda, który wyglądał, jakby był już bardzo zadomowiony. Zauważyłem, że bez najmniejszego problemu odnajdywał się w naszym towarzystwie. Bardzo dobrze znał sekrety kuchennych szafek i wiedział doskonale, gdzie należy szukać takich produktów jak cukier, herbaty czy przyprawy. Wmieniał z moja mamą od czasu do czasu ukradkowe spojrzenia i nie mogłem powstrzymać małego uśmiechu zawstydzenia. Każdy ma prawo do drugiej miłości oraz ponownego zakochania. Nie sądziłem jednak, że po takich przejściach zarówno ja jak i mama dostaniemy szansę na nowy związek z przynajmniej mglistą przyszłością.
- Bardzo panu dziękuję, że pomagał pan mamie przez tyle czasu
– Nie ma sprawy – zapewnił. – Bardzo szybko odnaleźliśmy wspólny język - odparł z dumą, ale jednocześnie szczerym zaskoczeniem, jakby sam nadal nie do końca wierzył w to, co właśnie działo się w jego życiu. Mama nawiązała ze mną kontakt wzrokowy i pokazała mi na migi, że Ted ma niemą wnuczkę, więc komunikacja nie stanowi żadnej bariery. Wyglądała na szczęśliwą. – Twoja mama jest doprawdy czarującą kobietą - dodał po chwili, jakby chciał mnie zacząć wtajemniczać w głębię ich relacji. Jednak właściwie nie musiał zbyt wiele mówić. Wnioski same się nasuwały.
– Też tak sądzę – przyznałem z niepewnym uśmiechem.

- Gerard wspominał coś o swoim pobycie w Kanadzie? - zapytał Marco, przyglądając mi się uważnie. Pokręciłem głową na boki w zaprzeczeniu.
- Nic nie mówił. Raczej nawet unikał tego tematu - przyznałem szczerze. Marco potaknął w zamyśleniu, pocierając brodę z kilkudniowym zarostem. Złoty sygnet i zegarek bardzo silnie kontrastowały z jego zmęczoną, ściągniętą brakiem snu twarzą, która tak bogato się zdecydowanie nie prezentowała.
- Byłbym wdzięczny, jakbyś miał na niego oko - oznajmił, w rzeczywistości wcale o nic nie prosząc. Ja miałem to po prostu zrobić. Dlatego kiwnąłem głową. - Nie mam pojęcia, co teraz za myśli w nim się kłębią. Lepiej, żebyś na wszelki wypadek trzymał się najbliżej, jak tylko możesz. Nie jestem w stanie się zamartwiać się jeszcze tym, czy mu coś znowu nie odbije. - Spojrzałem pytająco na Pereza, który tylko bezradnie rozłożył na bok ręce i westchnął ciężko. Upił łyka ciemnego alkoholu z kryształowej szklanki. - Sam chyba doskonale dostrzegasz, że w Edmonton stało się coś bardzo złego. - Potwierdziłem. - Widzisz… Gerard do mnie zadzwonił wtedy. Jeszcze jak był w Kanadzie. Był w tragicznym stanie - mruknął, ściągając mocno brwi. Przyglądał się uważnie swoim palcom zaciśniętym na szkle, jakby przeżywał tamten telefon na nowo. - Groził mi, że jeśli w tej chwili nie załatwię mu powrotu do domu, to się zabije. Co prawda Gerard jest teraz z nami w Nowym Jorku, ale to wcale nie oznacza, że myśli samobójcze zostawił bezpowrotnie w Kanadzie.
- Rozumiem - powiedziałem cicho, będąc w szoku co do treści tego wyznania jak i samego wyznania. Chwile wylewności Marco zawsze utwierdzały mnie w przekonaniu, że Way znaczy dla niego bardzo wiele i pozbędzie się każdego, kto będzie chciał go skrzywdzić lub mu odebrać. Przerażało mnie to, bo ja też stanowiłem dla Pereza takie zagrożenie, tylko on sam jeszcze tego sobie nie uświadomił - on sam jeszcze tego nie dostrzegał.
- Za miesiąc przyjeżdżają tutaj ludzie, którzy podejmowali go w Edmonton - oznajmił poważnie. - Wiadomo, w ramach wymiany - dodał, machając dłonią w poziomie, aby podkreślić relacyjność tego układu. - Jeśli ci ludzie w jakikolwiek sposób zaszkodzili Gerardowi, to jest to prawdopodobne, że nie przyjmie lekko ich pobytu u nas.
- Dam z siebie wszystko - obiecałem.
- Takiej odpowiedzi oczekiwałem.


~*~


Słońce zachodziło dzisiaj wyjątkowo płomiennie, kąpiąc świat w intensywnym odcieniu pomarańczy. Ulice osiedla stopniowo ulegały wyludnieniu. Gdzieniegdzie na trawnikach jeszcze siedziały dzieci i spędzały ostatnie godziny dnia na energiczniej zabawie z kolegami z sąsiedztwa. Wszystko było takie spokojne, takie beztroskie. Mieszkając tutaj w okresie wakacyjnym, naprawdę mógłbym ulec złudzeniu, że nie ma problemów, że nie istnieją ograniczające mnie bariery, że mogę bez przeszkód kochać i być kochanym, że jestem w stanie samodzielnie podejmować życiowe decyzje i nie być weryfikowanym.
Tutaj wszystko było po prostu… proste. Nie przejmowałem się samodzielnym życiem oraz samotnością z nią związaną. Gdybym nie miał takiej pracy, jaką mam, pewnie narzekałbym na marne warunki lokalowe i trud utrzymania się od pierwszego do pierwszego z marnej pracy w jakiejś sieciówce. A może mógłbym pójść na studia, jakoś ruszyć to wszystko, nie zrezygnowałbym z edukacji.
Zawsze było dużo tych ale.
Zawsze dużo było za i przeciw.
Nie konsumując jednego z tych żyć, nie wiem, jakie zobowiązania są do niego przyłączone. Dlatego trudno przewidzieć, jakby to naprawdę wyglądało.
Zaparkowałem tradycyjnie przecznicę dalej, żeby mama przypadkiem nie przywiązała zbytniej uwagi do auta, którym jeżdżę. Czegoś takiego na pewno nie można kupić za pracę w restauracji na wykonawczym stanowisku. Dlatego przeszedłem spacerkiem pod mój stary dom, robiąc na chwilę przystanek pod tym sąsiednim.
Frank leżał na deskach werandy tuż przy drzwiach i wygrzewał się w ostatnich promieniach dzisiejszego słońca. Palił powoli papierosa, opierając nogi o ścianę. Miał na sobie swój tradycyjny strój bezdomnego - spodnie z dziurami na kolanach i jakąś dużą, ciemnozieloną koszulkę na krótkim rękawku. Niezmiennie zaskakiwało mnie to, że nie zostałem przez niego zapomniany. Żyłem w przekonaniu, że moje zniknięcie z jego życia będzie najlepszym, co mogę zrobić. Że Frank sam tak uważał.
- Schowaj majty, to nie plaża - zażartowałem, podchodząc bliżej. Iero z poziomu podłogi przekrzywił głowę tak, żeby na mnie zerknąć. Spomiędzy jego ust wyleciał jasnoszary dym.
- Cześć - przywitał się, wstając powoli z desek. Otrzepał szybko kolana i podszedł do krawędzi schodów, opierając się ramieniem o drewnianą kolumnę. - Przyszedłeś do mamy? - zapytał, przyglądając mi się uważnie.
- Mhm… - westchnąłem ciężko, wkładając dłonie w kieszenie spodni. - Mam tylko nadzieję, że tego zasrańca nie ma w domu, bo mnie szlag trafi - powiedziałem ze złością. Mój brat był chwilowo ostatnią osobą, którą chciałem obecnie widzieć. Zaraz po Zaynie.
- Mikey wyprowadził się kilka miesięcy temu, Gerard - Iero nieśmiało zauważył, lekko przygryzając wargę. Najwyraźniej nie chciał uświadamiać mi upływu czasu oraz tego, jak wiele rzeczy uległo tutaj zmianie, kiedy mnie nie było.
- Serio? - skrzywiłem się, przeczesując nerwowo włosy. Frank kiwnął głową, siadając na najwyższym schodku. Klepnął powoli miejsce obok siebie. Nie odmówiłem. Westchnąłem tylko ciężko i usiadłem tuż przy nim. - Gdzie? - zapytałem po dłuższej chwili milczenia.
- Gdzieś do centrum - odpowiedział. - Mieszka teraz z dziewczyną - dodał, obracając paczkę papierosów w palcach.
- I co, mama siedzi w domu tak całkiem sama? - zdenerwowałem się, choć właściwie sam święty w tej kwestii nie byłem. Przez ostatnie pół roku bardzo sporadycznie odbierałem jej telefony, wciskając kit, że mam bardzo napięty grafik na zagranicznym stażu.
- Nie wiem…- Frank wzruszył ramionami. - Ponoć często widuje się z moją i jakoś tam sobie razem zabijają czas - mruknął, opierając brodę na dłoni. - Jak jej w ogóle wytłumaczyłeś tak długą nieobecność? - zerknął na mnie pytająco, a ja przełknąłem ślinę. Oczy Franka naprawdę robiły ze mną śmieszne rzeczy. Cały on to ze mną robił. Tym bardziej, że nie widzieliśmy się teraz przez ostatnie kilka dni. Właściwie nie widzieliśmy się zupełnie sam na sam, tak prywatnie, od powrotu z Norfolk, a to już trochę czasu minęło.
- Jeszcze nie dotarłem w pełni do tego punktu - przyznałem niepewnie, otrzymując pełne niedowierzania spojrzenie z mojej prawej strony.
- Czyli co, tak po prostu zniknąłeś i nawet nie wspomniałeś słowem matce? - zdziwił się.
- Jestem już dużym chłopcem - powiedziałem na swoją obronę, choć rzeczywiście, brunet miał dużo racji. Powinienem się wstydzić.
- Brawo, duży chłopcze - zaśmiał się. - Biedna kobieta pewnie umierała z niepokoju.
- Jesteś tak bezczelny, że aż… - urwałem, zaciskając usta w wąską linię. Nie chciałem powiedzieć za dużo.
- Że aż co, hę? - prowokował, uśmiechając się pod nosem. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, a potem spuściłem wzrok i wzruszyłem ramionami.
- Żałuję, że nie mogę ciebie pocałować - powiedziałem prosto z mostu. Frank się zaśmiał, kiedy trąciłem go kolanem.
- Sami sobie wybraliśmy taką pracę - szepnął już całkiem poważnie, z nutą melancholii.
- Więc nie mogę ciebie teraz pocałować na własne życzenie? - zapytałem żartobliwie, chcąc go choć trochę rozweselić. Chłopak spojrzał na mnie zmieszany.
- Oboje nie możemy tego zrobić na własne życzenie - stwierdził wprost, wyciągając w moim kierunku paczkę fajek. Odmówiłem ruchem głowy. Brunet sam zapalił. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu.
- Dobra, będę spadać - powiedziałem w końcu. Iero kiwnął głową w zrozumieniu, wypuszczając powoli dym spomiędzy ust.
- Gerard? - Kiedy zrobiłem parę kroków, usłyszałem jeszcze swoję imię.
- Hm? - mruknąłem, zerkając na niego po raz ostatni.
- Jesteśmy teraz razem, czy jak to między nami właściwie wygląda? - zapytał niepewnie, jakby sam się wstydził tego, że chce wiedzieć. A tak na dobrą sprawę to ja byłem tym, który powinien ten wstyd odczuwać. To pytanie jednak w ogóle nie było mi na rękę.  Unikałem odpowiedzi na nie jak ognia.
- Razem - stwierdziłem, odpowiadając właściwie sam przed sobą. Mogłem to uznać za jakiś krok na przód, ale odczuwałem wzbierający we mnie z każdą następną sekunda niepokój. Bałem się tego.
Odchodząc, uświadomiłem sobie, że mamy za sobą pierwsze pytanie.
Miałem nadzieję, że drugie wcale tak szybko nie nadejdzie.


~.~

Rozdział właściwie napisany pół roku temu XDDD Teraz poddałam go minimalnym zabiegom pielęgnacyjnym. Cóż mam tu dodać. Mam nadzieję, że jakoś to teraz będzie w miarę regularnie i bez odstępów czasowych równych milionom lat świetlnych. Oby do zobaczenia przy okazji lepszych rozdziałów ♥